Co się nam należy?

Autor: Jerzy Kowalski | Dodany: 2004-04-21

wyślij znajomemu   wydrukuj stronę

  1  2  następna   




Kontynuując rozważania ważne dla zrozumienia nowoczesnego pojmowania wędkarstwa postaram się przybliżyć pewne problemy dotyczące gospodarowania wędkarskiego.
Najpierw pozwolę sobie jednak na odrobinę publicystyki i krótki wykład moich poglądów na sprawy organizacji wędkarstwa, łowisk i środowiska wędkarzy, przede wszystkim muchowych.

Celem tego artykułu jest również pokazanie, do jakiego poziomu eksploatacji upoważnia nas stan środowiska, które użytkujemy oraz wysokość składek, jakie wnosimy na ochronę i zagospodarowanie wód.

Na początek kilka spraw oczywistych abyśmy nie zagubili się w gąszczu argumentów.

1. Wędkarstwo jest nieodłącznie związane z łowieniem ryb. Nieodłącznie związane jest z poznawaniem miejsc przebywania, sposobów i pór pobierania określonego rodzaju pokarmów i „przechytrzanie” tych żywych stworzeń we właściwym dla nich, a obcym dla nas środowisku. Co więcej, zakłada ono pozyskiwanie pewnych ilości ryb ze środowiska czyli – zabieranie ryb. Dlatego czytając poniższy tekst należy zawsze mieć na względzie to, że ograniczenia w zabieraniu złowionych ryb („limited harvest”) aż do całkowitego jego zaniechania („Catch and Release”) w odniesieniu do części populacji lub stad ryb (np. minimalny wymiar ochronny) lub ich całości, w ciągu całego roku lub w wybranych okresach (np. okresy ochronne w czasie tarła), są podyktowane koniecznością zachowania zasobów w takim stanie, aby zapewnić możliwość łowienia ryb obecnemu i przyszłym pokoleniom.

2. Z tym ostatnim stwierdzeniem wiąże się pojęcie „sustainable development” lub „sustainable management”. Oba te określenia dotyczą takiego zarządzania środkami/zasobami, aby przynosiło to korzyść ludziom obecnie żyjącym nie naruszając możliwości korzystania z nich ich następcom. Odnosi się to zarówno do zasobów naturalnych jak do wytworów technologii. W tym ostatnim przypadku – np. do takiego prowadzenia produkcji i inwestycji w fabryce, aby maszyny i narzędzia nie ulegały „dekapitalizacji”, czyli należy brać pod uwagę konieczność tworzenia funduszy amortyzacyjnych i inwestycyjnych, nie „przejadając” ich. Oczywiście, można tego nie robić, ale taka gospodarka prowadzi nieuchronnie do bankructwa, jest gospodarką rabunkową. W odniesieniu do zasobów naturalnych zasada trwałego rozwoju i trwałego zarządzania wymaga stwarzania takich warunków funkcjonowania ekosystemów, aby zasoby naturalne odtwarzały się i określenia takiego poziomu ich eksploatacji, aby nie skonsumować „funduszu amortyzacji i inwestycji” w przyrodzie. Nie wyklucza to oczywiście działań technicznych „poprawiających” przyrodę, „naprawiających” dewastacje uczynione przez człowieka, czy wreszcie wspomaganie rozrodu m.in. ryb czy uzupełnianie liczebności populacji przez mądre „zarybienia”. Nie można opierać gospodarowania w naturalnym środowisku wyłącznie o zarybienia, bo nie zapewnia to wypełniania założeń „sustainable management”. W takim modelu zaprzestanie zarybień zakończy funkcjonowanie łowiska niemal natychmiast. W taki sposób można traktować zupełnie sztucznie stworzone łowiska w wyrobiskach pożwirowych, ale nie „żyjące wody” rzek i jezior.

3. Odrębnymi zagadnieniami są sprawy zarządzania łowiskami, w których proces degradacji środowiska posunął się tak dalece, że aby podtrzymać status tego łowiska jako wody pstrągowej trzeba (nie zapominając o działaniach na rzecz odbudowania warunków bytowania ryb) utrzymywać sztuczne stado hodowlane, oparte na zarybieniach rybami z wylęgarni lub z hodowli. Jeszcze innego podejścia wymagają całkowicie sztuczne, istniejące lub nowo tworzone wody (zbiorniki w wyrobiskach pożwirowych, gliniankach, kanałach itp.) gdzie o dzikich rybach nie można nawet marzyć. Zbiorniki zaporowe przedstawiają jeszcze inne wyzwania, bo są położone na istniejących ciekach, często będących miejscami bytowania ryb łososiowatych.

4. Ochrona zasobów naturalnych jest w naszym kraju najczęściej ochroną bierną. Polega na wydawaniu zakazów w rodzaju „Nie wchodzić”, „Nie deptać”, „Nie niszczyć”, „Nie zabijać”. W imię tego ludzie są skłonni podpisywać petycje, walczyć z policją, przykuwać się do skał i drzew. To widać, bo stwarza się wrażenie aktywnego działania, które w istocie najczęściej jest „psu na budę”. Niekiedy udaje się nieco zmodyfikować przebieg planowanych inwestycji, czy dewastacji jednak takie protesty nie budują żadnej nowej wartości. Są co najwyżej zachowaniem, zawsze częściowym, tego co było wcześniej z naiwną wiarą, że siły odtwórcze przyrody poradzą sobie w zmienionych warunkach. Najczęściej naruszenie równowagi w przyrodzie spowodowane działalnością człowieka przekracza tę cienką granice nieodwracalności zmian i degradacja, chociaż wolniej, postępuje nadal. Wędkarstwo nowoczesne, szczególnie związane ze środowiskiem ryb łososiowatych, w wielu krajach świata, łącząc elementy ochrony środowiska naturalnego i gospodarki wędkarskiej (tj. prowadzenia łowisk) ma unikalną możliwość harmonijnego połączenia wymogów natury i gospodarki. Ba, ma wymóc na innych podmiotach respektowanie rozsądnego podejścia do zasobów naturalnych w imię zrównoważonego korzystania z nich do różnych celów – głównie związanych z jakością i wielkością przepływu wody, jej dostępności dla potrzeb ludzi i przebiegu jej cyrkulacji w naturze. Należy zdawać sobie sprawę z tego, że jakkolwiek natura dysponuje niebywałymi zdolnościami adaptacyjnymi i regeneracyjnymi ( dzięki swej różnorodności) to przywracanie lub tworzenie warunków środowiska sprzyjających bytowaniu populacji pstrągów jest procesem trudnym, długotrwałym i nie zawsze prowadzącym do sukcesu.

5. Nasz system gospodarowania w wodach, szczególnie pstrągowych, krótko mówiąc zbankrutował, bo opiera się na rabunkowej gospodarce. Rezultaty zabiegów gospodarczych generalnie nie są mierzone, a określa się tylko nakłady bez uwzględniania poziomu eksploatacji. Wiele działań gospodarczych jest opartych na powieleniu wzorców płynących z gospodarowania w stawach lub korytach hodowlanych, bez uwzględniania wielości czynników oddziałujących na wzrastające stada ryb ze strony środowiska lub cywilizacyjnych zmian albo eksploatacji wędkarskiej i pozawędkarskiej. Rzutuje to na ekonomiczne wyniki zarybień. Wielu z nas wydaje się wciąż, że wielkie „dobrodziejstwo” dokonuje się za przyczyną zarybień prowadzonych przez organizacje wędkarskie, czy inne podmioty. Przecież za 50, czy 70 groszy za sztukę narybku mamy rybę w rzece. Pora zburzyć ten błogi stan umysłów i pozostawanie w nieświadomości, prowadzące do powtarzania takich wierutnych bzdur. Jeżeli mimo zabiegów stosowanych w hodowli przeżywalność od narybku do wielkości „handlowej” pstrągów sięga 10-15% to takie same pstrągi, przystosowane do życia w stawach, a nie w naturalnym środowisku, jak pisze m.in. na podstawie własnych obserwacji Józef Jeleński, przeżywają w ok. 1%, czyli 10 szt. na 1000 sztuk narybku. W wodach o nadmiernej, niekontrolowanej presji lub o niesprzyjających warunkach środowiska życia pstrągów (nawet przez krótki okres w roku) ten odsetek będzie zapewne niższy. Łatwo obliczyć, że z 50 000 szt. narybku za 25000 zł uzyskamy w takich warunkach najwyżej ok. 500 wymiarowych pstrągów. Jeżeli jedna sztuka narybku kosztuje 0,5 zł to koszt uzyskania z niego jednego dorosłego pstrąga tak obliczony to 50 zł czyli 150 – 200 zł/kg. Proste? Czy stać nas na to? A to tylko koszt ryb, „loco” hodowla. Do tego odchodzi koszt obsługi zarybienia, transportu, administracji itp. W takich warunkach taniej wychodzi zakup pstrąga „handlowego” z hodowli wynoszący ok. 20 zł/kg (dla potokowca) i wpuszczanie kolejnych partii ryb do wody co 2 tygodnie. Tylko czy naprawdę w wędkarstwie chodzi o to aby „przechytrzać” takie ryby? I czy na takie gospodarowanie również nas stać, przy składce rocznej wynoszącej ok. 100 zł rocznie albo mniej?

6. Tarło naturalne, oczywiście pod warunkiem jego skuteczności oraz przy obecności warunków sprzyjających wzrastaniu pstrągów do dorosłości i zdolności do reprodukcji jest potencjalnie „najtańszym” sposobem utrzymywania łowisk wędkarskich, i to takich, w których wędkarz musi zmierzyć się z zachowaniami dojrzałego w swoim środowisku pstrąga, wykorzystując swoją wiedzę i doświadczenie z obserwacji ekosystemów i z lektury literatury na ten temat, bądź korzystając z innych form wymiany doświadczeń między wędkarzami (wspólne wyjazdy, dyskusje, zawody wędkarskie itp.). Stworzenie warunków wzrostu form młodych i bytowania ryb dojrzałych również poprawi przeżywalność ryb uzupełniających populację dziką i sprawi, że powyżej przedstawiony bilans ekonomiczny zarybień nieco się poprawi. „Praktycy” powiedzą, że to nierealne mrzonki, ale to tylko świadczy o tym, że nie wiemy jak tego dokonać, bo wędkarze w innych krajach już doszli do powodzenia w takich działaniach, choćby w ograniczonym zakresie. I w tym kierunku zmierza ewolucja nowoczesnego wędkarstwa muchowego. Oczywiście, dla satysfakcji i powodzenia ekonomicznego producentów sprzętu wędkarskiego, hodowców ryb i administratorów łowisk oraz dla satysfakcji licznych rzeszy ludzi używających wędki w celu łowienia rybiego mięsa rozkwitają łowiska prowadzone jak stawy karpiowe, sprzedające szybko rotowane ryby, wspierane aktywnym marketingiem, który wmawia użytkującym je „łowcom”, że to najwspanialsza forma wędkarstwa. Na szczęście ten typ wędkarstwa kanalizuje presję „wędkarską” oddalając ją od najcenniejszych wód.

7. Często pojawiają się sprzeciwy wobec stwierdzeń, że wędkarze są w stanie „przełowić” wodę. Zakładając eksploatacyjny charakter wędkarstwa w ujęciu „amatorskiego połowu ryb” czy „rybactwa rekreacyjnego” można je odnieść do możliwości rybactwa komercyjnego. Zważmy, że nasza eksploatacja jest wykonywana na wodach w rzekach i jeziorach, które stanowią odpowiednio ok. 0,0001% i 0,009% zasobów wodnych na Ziemi, podczas gdy eksploatacja rybacka w morzach odbywa się na ponad 97% zasobów wód. Rybacy „poradzili” sobie z przełowieniem oceanów, czy ktoś ma wątpliwości, że my potrafimy poradzić sobie z przełowieniem zasobów słodkowodnych? Jeszcze wspierani przez innych chętnych do swojego udziału w tej eksploatacji.

8. Gospodarka wędkarska jest prowadzona po to, aby wędkarze mogli łowić i zabierać złowione ryby. Jednak niekiedy niskie nakłady wynikające z małych zasobów finansowych, brak dbałości o środowisko, szkody w środowisku, niskie zaangażowanie samych wędkarzy w poprawę tego stanu, nadmierna i niekontrolowana eksploatacja zasobów przez różne grupy konsumentów, wcześniejsze błędy w gospodarce lub w ochronie zasobów, czyli nierównowaga między zasobnością łowisk i intensywnością eksploatacji sprawiają, że spadek liczebności ryb dostępnych dla wędkarzy jest wyraźnie zauważalny i zmusza do działań samo-ograniczających w eksploatacji i do zdecydowanej aktywności w powiększaniu zasobów, w tym wywierania wpływu na jakość środowiska i warunków rozrodu i bytowania ryb.

9. Wody i prawa do prowadzenia gospodarki rybackiej lub wędkarskiej (fishing rights) są albo własnością publiczną (państwową) albo, w niektórych wodach bezodpływowych przynależne właścicielowi gruntu. W tym drugim przypadku własność taka może być publiczna (państwowa, samorządowa) lub prywatna (osoby fizyczne, spółki, spółdzielnie, stowarzyszenia). Wykonywanie tych praw jest wykonywane przez właściciela wody lub jej użytkownika „rybackiego” na zasadach użyczenia lub dzierżawy (warto sprawdzić co te terminy prawne oznaczają i jakie obowiązki nakładają na użytkownika lub dzierżawcę) – w tych ostatnich przypadkach, na dużym obszarze wód przez stowarzyszenia wędkarzy, co pociąga za sobą zarówno zbiorową jak i indywidualną odpowiedzialność (o tym poniżej).

Z wód publicznych mogą korzystać wszyscy obywatele kraju, w tym mogą dokonywać amatorskiego połowu ryb, na warunkach określonych ustawami i wynikającymi z nich regulacjami. Wody publiczne i ryby w tych wodach nie są własnością wędkarzy zrzeszonych w stowarzyszeniach wędkarskich. Wędkarze i ich stowarzyszenia, podobnie jak inni uprawnieni do rybactwa na wodach publicznych mogą określać obowiązujące powszechnie zasady korzystania z tych wód w zakresie amatorskiego połowu ryb tj. warunki udzielenia pozwolenia na amatorski połów ryb.

10. Catch and Release jest z jednej strony zabiegiem ochronnym (gospodarczym) wspomnianym powyżej w pkt. 1. Z drugiej zaś strony jest zbiorem zasad opisujących używany sprzęt i sposób holowania, lądowania i uwalniania złowionych ryb nie przeznaczonych do zabrania, przynoszący im najmniej szkody i zapewniający przeżycie jak największej liczby wypuszczonych ryb, a więc rolę zwiększającą odsetek powodzenia zarybienia i obniżającą nakłady opisane w pkt.5. Niektórzy wędkarze dobrowolnie praktykują C&R, również w odniesieniu do ryb nie podlegających ochronie, traktując ten zabieg ochronny i sposób postępowania z rybami jako wartość etyczną, co przyczynia się do podnoszenia wrażliwości i wzrostu zrozumienia potrzeb środowiska życia ryb („limit your catch, don’t catch your limit’).

Od jakiegoś czasu obserwuję dyskusje, w których pobrzmiewa nieustający konflikt między tymi, którzy w imię dziwacznie pojmowanych „praw nabytych” bronią jak niepodległości respektowania dawno nieaktualnych, nieżyciowych „kwot połowowych’ określonych limitami połowów opisanych w regulaminach, a tymi, którzy chcą ten niepohamowany pęd do eksploatacji bodaj nieco ograniczyć, czasami w ferworze dyskusji również popadając w skrajności. Wiedzie to, niestety, do rozdrobienia i skonfliktowania środowiska wędkarzy, któremu w końcu zawsze chodzi o to samo, niezależnie od kierujących nimi pobudek – o obfitość ryb w naszych wodach i o komfort uprawiania wędkarstwa. Zaznaczam – wędkarstwa, a nie amatorskiego połowu ryb czy rybactwa rekreacyjnego, w skrócie nazywanych niezbyt wyszukanym określeniem „mięsiarstwo”.
Przy wyartykułowanym powyżej uznaniu dla prawa zabierania ryb należy wprowadzić rozróżnienie odnośnie pobudek, dla jakiego te ryby są zabierane. Jeżeli te pobudki wypływają z przyczyn skupiających się na zabierającym ryby, łowiącym wędką człowieku (np. jego potrzeby kulinarne, sytuacja materialna itp.) i według własnych potrzeb ocenia on MOŻLIWOŚĆ zabrania ryb z wody to jest on niczym więcej jak rybakiem – amatorem, łowiącym dla mięsa.
Jeżeli zaś kwestia zabierania ryb lub jego świadomego ograniczenia jest wynikiem analizy warunków środowiska i zobowiązań wynikających z faktu odpowiedzialności za użytkowane dobro, jeżeli jest związana z poczuciem wspólnoty w zarządzaniu łowiskami dla obecnego i przyszłych pokoleń to jest ono w pełni uprawnionym działaniem wędkarza.

Spodziewam się tu zarzutów, że przecież nie ma znaczenia co sobie myśli wędkarz zatrzymując rybę – fakt pozostaje faktem. Uważam, że zakres tej dyskusji i stosowania epitetów, wywieranie presji na ludzi w celu uzyskiwania wspólnego dobra lub motywowania ich do działania lub do zaniechania niewłaściwych, choć legalnych praktyk wiąże się właśnie z analizą i oceną postaw i mentalności, a nie z opisaniem technicznym zachodzących zjawisk (nie mając zamiaru obrażania nikogo, chciałbym zauważyć, że większość naszego społeczeństwa jest wykształcona technicznie, co skłania do tej drugiej drogi interpretowania rzeczywistości, nawet w postaci mechanistycznego traktowania zjawisk przyrodniczych czy psychologicznych).

Pragnę również wyraźnie stwierdzić, że nie jest moim zamiarem nakłanianie kogokolwiek do zakazywania wędkarzom zabierania jakichkolwiek ryb w każdych warunkach. Postawa „no kill” polegająca na darowaniu życia wszystkim złowionym rybom, którą rozumiem inaczej niż gospodarczo uzasadnione stosowanie C&R, musi wynikać z indywidualnej postawy i przekonań każdego wędkarza, i nie powinna, poza uzasadnionymi warunkami (którymi jest np. uzasadnione przyrodniczo i gospodarczo wprowadzenie całkowitego C&R na danej wodzie) być narzucana innym, co jednak nie wyklucza taktownego przekonywania do swoich racji.
Aczkolwiek mój pogląd na „no kill” jest zawarty w obecnym i wcześniejszych artykułach to chciałbym wyrazić głęboki szacunek dla ludzi, którzy taką postawę prezentują, jeżeli nie jest to ze szkodą (co niekiedy może mieć miejsce) dla przyrody i gospodarki (w tej właśnie kolejności).


Do prowadzenia gospodarki potrzebne są pieniądze. Źródłem tych środków są składki członkowskie i opłaty za wędkowanie. Niekiedy aktywami przyczyniającymi się do skutecznego gospodarowania są również nakłady nieodpłatnie wykonywanej pracy, czyli np. społeczna aktywność członków stowarzyszenia.

Ważnym dla istoty rzeczy jest zrozumienie, że to składki członkowskie wnoszone przez członków stowarzyszenia są obniżone w stosunku do opłat za wędkowanie (a nie opłaty podwyższone w stosunku do składek). Jest to o tyle ważne, że z istoty tego rozróżnienia wynika, że różnica między wysokością opłaty i niższej od niej składki powinna być skompensowana wyżej wspomnianą aktywnością każdego członka stowarzyszenia, który taki „prezent” w postaci obniżonej opłaty otrzymuje. A różnica może być kilkukrotna. Taka aktywność może obejmować różne rodzaje działań prowadzące do korzystnych dla realizowanych przez stowarzyszenie celów statutowych. Może to być publikowanie (jak to, które właśnie czytacie) albo np. działania na rzecz ograniczenia eksploatacji zasobów, o czym ten artykuł m.in. traktuje czy też działania, których propozycje opisałem w artykule o stowarzyszaniu się. Nie będzie nim na pewno upieranie się, bez patrzenia na możliwości, przy wykorzystaniu swoich praw do eksploatacji zasobów w ramach ustanowionych limitów lub nawoływanie do tego albo pochwalanie bądź obrona takich postaw.

Takie wykorzystywanie uprawnień nadanych limitami połowów można porównać do sytuacji związanej z zarządzaniem budżetem domowym. Wyobraźmy sobie, że mamy do dyspozycji 1500 zł miesięcznie na utrzymanie domu i ustalamy zasady wydatkowania tych pieniędzy. Stać nas więc na wydanie 50 zł dziennie. Ale niekiedy trzeba zapłacić wyższe rachunki lub zrobić większe zakupy. Ustalamy więc, że możemy wydać najwyżej 150 zł dziennie. To nasz dzienny limit. Po pewny czasie zapominamy, że ten dzienny limit przekracza nasze możliwości wydatkowania i zaczynamy traktować ten limit jako zgodę na codzienne wydawanie takiej kwoty. Nasze 1500 zł skończy się już po 10 dniach. Pozostaje 20 dni do końca miesiąca, których nie mamy za co przeżyć. Pożyczamy więc te brakujące środki – oddajemy je z kolejnej pensji i w drugim miesiącu już nie mamy na chleb od pierwszego. To nieco przerysowana wizja. Nasze limity w odniesieniu do ryb zostały wyznaczone na poziomie nieco wyższym niż możliwości odtworzenia zasobów. Stąd bankructwo nastąpiło po latach, a nie po miesiącach.

Składki członkowskie mają służyć członkom stowarzyszenia jako materialne wsparcie dla realizowanych wysiłkiem ich wspólnej, prowadzącej do realizacji celów statutowych, pracy. Składki na zagospodarowanie i ochronę wód są efektem wewnętrznych ustaleń stowarzyszenia, w założeniach pozwalającymi (przy znaczącym nakładzie pracy samych wędkarzy) na zagospodarowanie użytkowanych wód na takim poziomie aby możliwe było eksploatowanie zasobów w stopniu również wewnętrznie ustalonych limitów połowu. Te dwie wartości powinny być skorelowane. W naszych warunkach wysokość składki na zagospodarowanie i ochronę jest głównie odnoszona do zasobności większości członków, jest wprowadzany cały wachlarz zniżek i ulg w związku z czym następuje bardzo duży rozziew między przychodami a potrzebami nakładów, co nie pozwala na właściwe finansowanie gospodarki wędkarskiej. Przy tym poziom eksploatacji wędkarskiej, ten rzeczywisty, a zwłaszcza ten oczekiwany, przekracza znacznie możliwości gospodarcze wód w Polsce, zwłaszcza w ich obecnym stanie. I nie są istotne dla potrzeb racjonalnej eksploatacji przyczyny takiego stanu. Przekładając te stwierdzenia na obraz codziennego doświadczenia życiowego można by powiedzieć, że obojętne czy stracimy pieniądze w wyniku własnego utracjuszostwa czy np. rabunku albo kradzieży, czy też zaczniemy zarabiać mniej w związku ze zmianą pracy, redukcją wynagrodzeń w podupadającej firmie czy gorszych wyników ekonomicznych naszego własnego przedsiębiorstwa. Pierwszą reakcją człowieka roztropnego, którego dotknie ubytek dochodów jest ograniczenie wydatków, czyli konsumpcji aby zażegnać ryzyko utracenia płynności finansowej czy nadmiernego naruszenia stanu posiadania. Potem trzeba rozejrzeć się za sposobami zwiększania dochodów, czasem, w zależności od pozostałych zasobów, za korzystnymi inwestycjami, aby przywrócić poprzedni poziom konsumpcji lub możliwości inwestowania. A kiedy już powróci się na utracony poziom, wiedziony doświadczeniem człowiek roztropny tak miarkuje korzystanie ze swoich nowych osiągnięć aby przez własną, nadmierną lub czasem przedwczesną skłonność do korzystania z poprawy warunków materialnych, nie popaść znów w tarapaty.

W takim, zbankrutowanym systemie zrozumienia wymaga potrzeba radykalnych zmian. W zakresie możliwych dla nas, wędkarzy w Polsce, rozwiązań są następujące alternatywy:
– albo podwyższamy składkę i to dramatycznie oraz zgadzamy się na łowienie ryb w korytach hodowlanych,
– albo ograniczamy dostęp do wędkowania (administracyjnie przez limitowanie dziennej dostępności, jak się to dzieje w większości krajów lub ekonomicznie – przez wysokość kosztów licencji)
– albo nadal płacimy mało i godzimy się z aktualnym stanem rzeczy
– albo wreszcie płacimy mało i zakasujemy rękawy do pracy aby poprawić warunki życia ryb i w ślad za tym wędkowania oraz ograniczamy eksploatację wód aby zaprowadzić w naszym kraju nowoczesny model wędkarstwa.
Oczywiście, różne sposoby mogą być zastosowane w różnych wodach i nie ma jednolitego, centralnie określonego modelu, do którego trzeba dopasować rzeczywistość. Chwalmy różnorodność.
Proszę przy tym mieć na uwadze, że ten artykuł nie ma na celu nawoływania do podwyższania składek, choć takie decyzje, po wnikliwej analizie potrzeb i możliwości ich realizacji zapewne będą konieczne.

Idealnym dla mnie rozwiązaniem jest ta ostatnia opcja – wspólnotowa, z powodzeniem realizowana w wielu krajach świata, a także przez niektóre kluby wędkarskie w Polsce.

W naszych warunkach limity nie są wynikiem kalkulacji a raczej wynikiem presji wędkarzy na eksploatację bez zważania na możliwości zapewnienia uzasadniającego jej poziom odtwarzania zasobów środowiska. W tej chwili rybność naszych wód, stan występujących w nich populacji uprawniałby do natychmiastowego zakazu zabierania jakichkolwiek ryb z większości wód.
Słaba organizacja, której członkowie nie identyfikują się z nią, w której brakuje siły przywódczej i determinacji do zmian na dużą skalę, która w większości funkcjonuje tak jakby od 50 lat nic się nie zmieniło nie jest w stanie takich regulacji ustanowić. Nie dysponując wiarygodnymi danymi na temat eksploatacji wód nie może indywidualizować sposobu prowadzenia gospodarki i wprowadzać regulacji właściwych dla gospodarowania na poszczególnych wodach. A lwia część wód publicznych w Polsce jest w użytkowaniu organizacji wędkarskiej.
  1  2  następna   


Paszko - made of biots


Łaniewicz - streamerowo


Rekowski – makrelka, polska mucha


Żaby bez zaklęć


Frąckiewicz - speyomania