Drewniane ryby...

Autor: Jarosław Zych | Dodany: 2004-12-29

wyślij znajomemu   wydrukuj stronę

  1  2  następna   




- Halo, cześć Andrzej - jaka woda na Sanie?... Lipień gryzie?... Złowił ktoś coś większego? –Mhm, jutro będę.

Taka rozmowa zwykle poprzedza moje wyprawy nad San. Później kilka godzin jazdy samochodem i w Hoczwi, za mostem, skręcam w szutrową drogę. Chyba wszyscy muszkarze – bywalcy Sanu - znają ten wyboisty dukt prowadzący do tak zwanej Końcówki Płani w Bachlawie. Andrzej Woźny mówi o niej - to moja płań. Faktycznie tam najczęściej łowi i tam wyciągnął swoje największe kardynały. Ale przyznaje, że płań jest niewdzięczna - niejednego nauczyła pokory.



































-To jego miejsce - potwierdza wielu muszkarzy z Krakowa, bo Andrzej od lat utrzymuje z nimi bliskie kontakty, gości ich, opowiada, co dzieje się nad wodą... Tu w Hoczwi urodził się i nad Sanem spędził większość swojego życia. Jak podkreśla jest jedynym wędkarzem w swojej wsi z kartą wędkarską.

Będąc kiedyś u Andrzeja pomyślałem - zaraz - w Art of Angling - najbardziej ekskluzywnym periodyku wędkarskim dla snobów i milionerów, co raz opisywany jest, a to malarz, a to snycerz, czy kaletnik, którego twórczość korzysta z wędkarskiej tematyki, zaś ja właśnie piję piwo z rzeźbiarzem parającym się dokładnie tym samym w Polsce. Gdyby ten człowiek mieszkał na Alasce, jego zdjęcie na pewno oglądałbym podczas lektury Art of Angling.




































Prace Andrzeja nie są tak cukierkowate jak amerykańskie - rybom nie dokleja syntetycznych oczu ani łusek, nie maluje. Całość rzeźby wykonana jest z jednego kawałka bieszczadzkiej lipy - tradycyjnie za pomocą dłuta i podbijaka. Wypolerowaną rybę pokrywa wosk pszczeli rozpuszczony w terpentynie. Każde dzieło jest niesamowicie dopieszczone i wygładzone. Płetwy, nożyczki, łuski wszystko idealnie wyciągnięte dłutem, a pod satynową powierzchnią wosku naturalne drewno.





































Cały smaczek polega na obserwowaniu procesu twórczego. Siedzimy sobie w kuchni, jemy kolację, odpoczywamy po łowieniu, popijamy piwo a Andrzej rzeźbi. Gadamy o rybach, o kobietach - dłuto ścina kolejny wiór. Powoli z chropawej deski wyłania się kształt ryby. Niekiedy wpadnie energiczny starszy pan - „dziadek” - ojciec Andrzeja. Można posłuchać wtedy frontowych wspomnień, opowieści o Sanie sprzed 50 lat, czy dokładnej instrukcji wybierania miodu. Jest swojsko, całe życie toczy się w kuchni. Unosi się zapach surowego drewna i terpentyny. Także, wykonany niegdyś przez dziadka, stolarski stół, przy którym Andrzej dłubie, dodaje kolorytu kuchni artysty. Być może również jego własna pozytywna energia tak dobrze działa na tę kuchenną atmosferę. Andrzej, bowiem, jak przystało na bieszczadzkiego oryginała, jest uzdrowicielem, szuka wody różdżką i od lat rękoma leczy ludzi.





































Większość prac, które można u niego zobaczyć, to płaskorzeźby. Wszystko zaczyna się od wyboru odpowiedniej deski. Najlepsza jest lipowa, choć olcha też może być. Koniecznie bez większych sęków. Po wycięciu wstępnego kształtu piłą taśmową, Andrzej wrysowuje kontury płaskorzeźby na powierzchni deski. Szablony są skopiowane ze wszystkimi szczegółami anatomicznymi. Oczywiście jako pierwowzory służyły mu pstrągi i lipienie, które łowił w Sanie. Później wstępna obróbka - mocne uderzenia drewnianego młotka w dłuto – wybranie krawędzi ryby, zaznaczenie jej kształtu. Im bliżej końca tym ruchy dłuta delikatnieją. Z czasem słychać już tylko ciche skrobanie, jak przy porannym goleniu. Pozostaje mu jeszcze wygładzenie wszelkich nierówności papierem ściernym. Na koniec naciera rzeźbę woskiem i poleruje flanelką. Dzień, dwa i ryba gotowa.

  1  2  następna   


Mokot - big fly & big game


Polskie majówki cz. 1


Rzuć okiem na pupę!


Polskie majówki cz. 2


Whillock - po prostu szaleństwo!