Drewniane ryby...

Autor: Jarosław Zych | Dodany: 2004-12-29

wyślij znajomemu   wydrukuj stronę

poprzednia  1  2    


















































Dłuta do pracy kompletował od dziecka. Zimą, kiedy pali pod kotłem, obok urządza sobie kuźnię. Sam wykuwa dłuta z kawałków stali wyżarzonych na węglu. Potem godzinami dopieszcza kształt szlifierką, by na koniec wypolerować je jak mówi – „na brzytew”. Trzeba już tylko osadzić je w wielokątnych trzonkach z jesionowego drewna. Jedno z ciekawszych dłut wykonał podczas którejś z bieszczadzkich zim z zębów starej kopaczki - jest idealne.





































Andrzej jest absolwentem słynnego zakopiańskiego liceum plastycznego im. Antoniego Kenara. Pracował później jako nauczyciel rzeźby w szkole, w której tradycyjnymi metodami odtwarzano wiekowe meble, wspominane przez niego jako „Ludwiki”. Zaczął rzeźbić będąc jeszcze dzieckiem, w kole plastycznym w Hoczwi. Prowadził go słynny bieszczadzki rzeźbiarz i malarz ikon Zdzisław Pękalski. To on odkrył u Andrzeja iskrę bożą i dzięki niemu jest nad Sanem „nasz” człowiek, który rzeźbi ryby. Oczywiście pojawiają się w twórczości Andrzeja i inne wędkarskie motywy, jak choćby różnej maści i wielkości czaple. Poza tym spod jego dłut wychodzą również dziady, anioły, kobiece akty, diabły czy mnisi.



































Prace Andrzeja regularnie pojawiają się na wystawach plastycznych. Rok rocznie można oglądać je w Synagodze - Galerii w Lesku, gdzie ekspozycje urządza Bieszczadzka Grupa Twórców, do której należy on od 25 lat.

Jedna z pierwszych jego rybich płaskorzeźb powstała na pokrywie kasetki, „wybranej” z jednego kawałka drewna. Przeznaczona ona była na podarunek od firmy Test Fly – Adama Sikory i Krzysztofa Sasuły dla ówczesnego prezydenta Lecha Wałęsy.





































Dzisiaj płaskorzeźby pstrągów oraz lipieni zdobią ściany domów wędkarzy we Francji, Włoszech, Niemczech, Austrii, USA... Zadziwiające, że zagraniczni muszkarze praktycznie zawsze interesują się twórczością Andrzeja. Pewnie przyzwyczajeni są do tego, że wędkarstwo w ich kraju ma znacznie szersze horyzonty niż tylko samo łowienie.
Przeglądając zagraniczną prasę tematyczną niejednokrotnie myślałem, jak bardzo polskie muszkarstwo jest ubogie. Kilka klubów, kilka książek, kłótnie działaczy przeplatające się z narzekaniami na wciąż gasnącą populację rodzimych pstrągów... Wszyscy to znamy. Zapominamy, że wędkarstwo, zwłaszcza muchowe, to nie tylko wyjmowanie kolejnych ryb. W III Rzeczypospolitej niestety zbyt często nadal pokutuje model wędkarza, który musi wyłowić wszystko, co się da w wykupionym czasie. Skoro licencja obejmuje cały dzień, to od świtu do zmierzchu trzeba katować wodę. Tymczasem wyprawa na ryby może dostarczyć także mnóstwa innych fantastycznych przeżyć – daje możliwość poznania nowych ludzi, odkrycia wspaniałych krajobrazów, posłuchania nieprawdopodobnych historii czy odkrywania miejscowych tradycji i folkloru. Ja właśnie u Andrzeja w Hoczwi odnajduje te dodatkowe aspekty muszkarstwa. I to jest jeden z powodów, dla których będę tam wracał.
Inne materiały autora:
poprzednia  1  2    


Paszko - polskie glajchy


Polskie majówki cz. 2


Rzuć okiem na pupę!


Paszko - made of biots


Paszko - zimowe streamerki