• 1
  • 2
  • 3

O skutecznym rad sposobie…, czyli jak stać się skutecznym wędkarzem muchowym, cz.6 Wyjście poza schemat

Opowieść zamiast praktyki:

          Łowiłem w pstrągowej rzece wijącej się pomiędzy łąkami. Brzegi miejscami były zupełnie niedostępne z powodu zakrzaczenia. Dlatego każdą dziurę w gąszczu należało wykorzystać. W pewnym miejscu wypatrzyłem pótorametrową skarpę niemal pionowego brzegu opadającego ku wodzie. Szans na rzut nie było, bo szpara w zaroślach miała szerokość moich ramion, (a nie są szerokie…) ledwo dało się wcisnąć. Ale z ciekawości postanowiłem zajrzeć jak wygląda rzeka w tym miejscu. Położyłem się na brzuchu i doczołgałem do krawędzi skarpy. Pode mną spokojna woda wpływała pod krzaczasty tunel, by zginąć zupełnie za nawisem gałęzi. W tym wodnym oczku zobaczyłem dwie naprawdę duże ryby stojące blisko powierzchni. Być może właśnie tam, w tym małym lusterku wypatrywały owadów spadających z krzaków. Niestety, ryby też mnie zobaczyły i niezbyt pospiesznie, ale jednak usunęły się w głąb pod nawis gałęzi.  Bynajmniej nie zamierzałem zrezygnować z wypatrzonej zdobyczy. Chwilę zastawiałem się jak je podejść. Zmieniłem mokra muchę na nimfkę. Przygotowałem wędkę w ten sposób, że zwinąłem całą linkę i zostawiłem pod szczytówką jedynie 10 cm dość grubego przyponu z przywiązanym niewielkim pomarańczowy kiełżykiem. Znów poczołgałem się do skarpy, wsunąłem wędkę pomiędzy krzaki i włożyłem szczytówkę jakiś metr pod wodę nie wysuwając linki. Nie mogłem wykonać żadnego ruchu, ale nie było takiej potrzeby. W pewnym momencie wędka wygięła się w łuk i pulsujący ciężar dał mi jasny sygnał, że JEST. Nawet nie zaciąłem, bo nie było jak. Walka polegała na utrzymywaniu ryby w miejscu a blank  przejął cały hol na siebie. Po dłuższej chwili zmęczoną rybę długim jednostajnym wślizgiem wciągnąłem na wysoki brzeg. Piękny potokowiec. Drugiego nie udało mi się skusić.

Ta przygoda dała mi jasną wskazówkę: nawet jak się nie da, to kombinuj, szukaj sposobów i nie rezygnuj – póki przynęta w wodzie, póty nadzieja.

       A na koniec zdradzę sekret tego jak sprawdzić, czy naprawdę jesteście już na tyle doświadczeni, że tego typu artykuły to da Was czysta strata czasu.  I znów posłużę się pewną historią znad wody, nie tak znów odległą w czasie…

Było to w wakacje tego roku, łowiłem na klasyczną mokrą muchę - taką tradycyjną, jak opisywał Józef Jeleński w „Wędkarstwie muchowym”. Chyba nawet miałem zawiązanego March Brown Male.

Stałem w miejscu, w którym bardzo ostry prąd powoli się wygaszał i głęboką rynną przechodził w długą pojemną płań. Słowem idealna miejscówka pstrągowa, pod grube pstrągi, które czekają w spokojniejszej wodzie na niesione mocnym nurtem pożywienie. Było to też idealne miejsce na nimfę i gdybym akurat łowił tą metodą, z pewnością ustawiłbym się dokładnie w miejscu, gdzie lądowała moja mokra mucha. Nie tylko ja uznałem taka strategię za obiecującą, bo od drugiego brzegu podszedł młody chłopak, taki siedemnastolatek. I jak gdyby nigdy nic, bezczelnie, zaczął obrzucać „moją” miejscówkę typową ciężką nimfą na krótko. Łowił z brzegu, gdyż woda była zbyt głęboka a uciąg za mocny na brodzenie.  Kilka przepuszczeń i bach zapiał pięknego pstrąga. Długa wędka wygięła się, żyłka zagrała na przelotkach, linka co prawa nie zobaczyła wody, bo długość przyponu na to nie pozwoliła… Chłopak ruszył marszobiegiem w dół holując niezwykle spektakularnie, przy tym głośno komentując każdy zryw potężnego pstrąga, którego siłę spotęgował mocny napór wody. Widać było, że młody wędkarz jest w swoi żywiole - poniżej jakieś sto metrów, łowiło jeszcze trzech innych muszkarzy i każdy z nich  dokładnie usłyszał szalone wrzaski młodocianego bohatera.

        Ja nieprzerwanie stałem na swoim miejscu, trochę z zazdrością, ale i rozbawieniem obserwując scenę holu. Po wylądowaniu ryby chłopak znów wrócił dokładnie w poprzednie stanowisko i znów zaczął obrzucać „moją” miejscówkę. O ile na początku mogłem zwrócić mu uwagę, to teraz byłoby to wyrazem małości i braku dystansu do siebie, więc co było robić - wyrozumiale udawałem, że wszystko jest w porządku. Nie minęło 5 minut a chłopak zaciął kolejnego pstrąga, równie dużego! I cały teatr odegrał na nowo.

I cholera, nie uwierzycie… znowu przyszedł na „moje” miejsce. Teraz gdybym zwrócił uwagę, to już całkiem obnażyłbym swoją desperację. To co się stało później naprawdę mogło skończyć się linczem, ale gdy wrócił, to trzeci raz złowił, dokładnie w tym samym stylu, trzeci okaz! W międzyczasie mi udało się wyholować mizerotę na trzydzieści pięć. Reszki godności uratowałem, ale i tak widziałem zgliszcza, leżąc rozłożony na wędkarskie łopatki. Po wszystkim chłopak powiedział mi żebym się nie przejmował, bo pewnie jeszcze coś uda mi się złowić. Stwierdził, że on się już nałowił i idzie zadzwonić, żeby opowiedzieć o sukcesach. A ja cóż, spokojnie siadłem na brzegu, zjadłem kanapki popijając je mocną herbatą i z lubością patrzyłem na wodę, z której spodziewałem się jeszcze niejednej wspaniałej ryby. 

Czy On odniósł sukces? Oczywiście, że … NIE, bo przecież stał się antagonistą głównego bohatera tej opowieści, a ja mogę teraz do woli natrząsać się z niego i szydzić. Ale żarty literackie odrzućmy na bok i spójrzmy prawdzie w oczy. Chłopak złoił mi skórę, okazał się niezwykle skuteczny. Łowił na sprzęt, o którym ja w jego wieku nawet nie śmiałem marzyć. Odniósł w tym dniu spektakularny sukces wędkarski. Gdzie zatem widzę zagrożenie dla jego dalszego rozwoju: otóż istnieje spore ryzyko, że zachłyśnięcie się taką skutecznością może sprawić, że nimfa stanie się jego przekleństwem - jedyną metodą, którą będzie potrafił się posłużyć. W odmiennych warunkach może zupełnie nie odnajdywać się nad wodą. I co o tym wszystkim myślę?  Ano, to wydarzenie utwierdziło mnie w przekonało, że po przygodzie z Anglikami naprawdę wybrałem dobrze – ot taka klamra czasowa.     

         A teraz zdradzę ten obiecany sekret:

Otóż, gdy po takiej wędkarskiej klęsce, jaką poniosłem tamtego dnia, spokojnie będziecie mogli iść na herbatę i samo oglądanie wody da Wam nieopisaną frajdę, kiedy pijąc tę herbatę bez żalu, ale z pewnością siebie wynikająca z tego, że złowiliście już naprawdę sporo dużych ryb, będziecie mieć przekonanie, że jeszcze sporo ich złowicie i nie trzeba się z nikim o nie ścigać, to właśnie będzie ów znak, że osiągnęliście cel, zapowiadany w tytule tegoż przydługiego artykułu. Powodzenie i do zobaczenia nad wodą !

Parafrazując Gombrowicza: Koniec i cześć. A kto czytał, ten leszcz!

Z wędkarskim pozdrowieniem

J Z

 

Pozostałe części cyklu artykułów z tej serii:

O skutecznym rad sposobie…, czyli jak stać się skutecznym wędkarzem muchowym, cz. 1

O skutecznym rad sposobie…czyli jak stać się skutecznym wędkarzem muchowym cz.2 Częstotliwość

O skutecznym rad sposobie…czyli jak stać się skutecznym wędkarzem muchowym cz.3 Różnorodność

O skutecznym rad sposobie…czyli jak stać się skutecznym wędkarzem muchowym cz.4 Systematyczność i logistyka

O skutecznym rad sposobie…, czyli jak stać się skutecznym wędkarzem muchowym, cz.5 Sprzęt

o mnie
Urodzony w Krakowie, podróżnik, fotografik, człowiek słowa pisanego, wnikliwy obserwator mechanizmów społecznych. Z aparatem i plecakiem odwiedził m.in. Indie, Nepal, Sri Lankę, Egipt, Indonezję, Maroko, Tunezję, Turcję, Izrael, Peru, Ukrainę i wiele państw europejskich. W kręgu jego zainteresowań leżą zjawiska kulturowo-religijne oraz piękno otaczającego świata, ale we wszystkich zakątkach globu badał i poznawał obyczaje wędkarskie.     Najwcześniejsze przebłyski pamięci z dzieciństwa ma związane z wędkowaniem. Prawdopodobnie, wcześniej zaczął łowić, niż mówić. W muszkarstwo wprowadzali go Adam Sikora i nieodżałowani Krzysztof Sasuła oraz Piotrek Klimowski. Pierwsze imadło wykonał z drewnianego trzonka od dziecięcych grabek, kolejne, już fachowe wykonał mu ojciec. W wieku 15 lat zaczął wiązać muszki zawodowo i zajmował się tym aż do końca studiów. Wielki miłośnik „kręcenia”, projektant narzędzi, autor wielce ciekawych, muchowych patentów i artykułów wędkarskich. Najczęściej łowi tradycyjnymi metodami muchowymi i te najwyżej sobie ceni, choć gdy jest okazja, sięga po inne taktyki, bo: Quidquid discis, tibi discis
Inne artykuły autora