Leksykon narzędzi do wykonywania much cz. II

Autor: Jarosław Zych | Dodany: 2004-03-17

wyślij znajomemu   wydrukuj stronę





W swoim warsztacie używam wymiennie różnych typów imadeł. Na przykład, kiedy zamierzam porobić „tuby” biorę krzywkowe lub specjalistyczne tubowe, by kręcić standardowe muszki suche, mokre, nimfy, streamery sięgam po samozaciski. Ich również używam do much łososiowych i wykonywania różnych tricków. A do podróżnej torby wrzucam imadło gwintowe. Bywa, że muszę użyć dwóch imadeł równocześnie, np. przy niektórych skomplikowanych tandemach.

W imadle oprócz sposobu działania szczęk niezmiernie ważny jest materiał, z których są wykonane. Jeśli okażą się zbyt twarde szybko pękną (zwłaszcza krzywkowe), zbyt miękkie - wyżłobią się od haczyków. Oczywiście firmy produkujące imadła mają swoje tajemnice i trudno powiedzieć, z jakiego materiału wykonywane są szczęki. Dawniej, gdy imadła trzeba było robić samemu chwaliłem sobie wyroby ze stali narzędziowej NC6. Być może były nieco zbyt mało sprężyste, ale pękały po ok. 25 000 much (bez śladów wyżłobień!). Tu mała osobista dygresja – prócz zrozumiałego żalu z powodu straty, po 25 tysiącach odczuwa się coś w rodzaju satysfakcji, bo udało się zajeździć nawet tak wytrzymałe imadło!

Istotny jest także sposób spiłowania szczęk, powinny być skierowane nieco ku górze. Chodzi o to, by ogonek muszki nie zawadzał o imadło oraz by maksymalnie wyeksponować kolanko haczyka. Kąt odchylenia szczęk zależy od indywidualnych upodobań i rodzaju wykonywanej muchy. Zawsze mnie dziwi, dlaczego producenci spiłowują dużo materiału od góry szczęk. Z moich doświadczeń wynika, że szczęki powinny być znacznie mocniej podcięte od dołu. Dzięki temu, nawet przy niewielkim zadarciu szczęk ku górze, ogonek muchy nie zahacza o górną ich krawędź. Z kolei niewielki kąt zadarcia powoduje, że mucha jest dalej od kolumny imadła i mamy więcej miejsca do „zabawy” z bobinką. Warunkiem mocnego podcięcia z dołu jest odpowiednia długość samych końcówek szczęk. Zupełnym nieporozumieniem są wielkie półokrągłe szczęki. Takie często występują w „ładnych” zestawach dla początkujących flytiersów. Nadają się one chyba tylko do wiązania streamerów i innych dużych much. Dawno już nie widziałem imadeł ze szczękami karbowanymi od środka. I cała szczęście. Potrafiły one całkowicie zniszczyć powłokę antykorozyjną na kolanku haczyka. Wewnętrzne powierzchnie szczęk powinny być gładkie, lecz na tyle precyzyjne, by po ich zaciśnięciu żaden haczyk się w nich nie ruszał. Jakiekolwiek odstępstwo od tej reguły eliminuje w moich oczach imadło.

Do much tubowych szczęki się nie nadają. Dobre imadła posiadają dodatkowe końcówki pozwalające utrzymać tubę sztywno i nieruchomo. W końcówce takiej, za pomocą śruby zaciskowej i niekiedy sprężyny, mocuje się specjalne pręty, przypominające bardzo wydłużone gwoździe, o różnej grubości - zależnej od średnicy tuby. Niekiedy, zamiast główki pręt ma zagiętą końcówkę. Przed założeniem pręta do imadła, nakłada się na niego przygotowaną tubę – rurkę metalową lub plastikową. Teraz całość unieruchamia się w końcówce imadła i można przystąpić do robienia muchy – tuba jest usztywniona i unieruchomiona. Na szczęście, by robić tuby nie trzeba zaraz kupować przystawek do imadła. Kiedyś miałem wykonać kilkaset much tubowych do Norwegii. Jako że nie posiadałem wtedy tubowej przystawki, musiałem sobie jakoś poradzić. Znalazłem kilka stalowych prętów, o różnej grubości (druty z parasola, szprychy itd.). Pociąłem je na odcinki od 7 do 15 cm i zaokrągliłem im końce. Następnie rozklepałem nieco na kilkucentymetrowym odcinku, mniej więcej w połowie ich długości. Pręty mocowałem w imadle i po zamocowaniu nasuwałem na nie plastikowe tuby – rurki tak, by pręt nie wystawał poza początek rurki. Na rozklepanym odcinku tuba się stabilizowała na tyle mocno, że nawet bardzo silne zaciągnięcia nici wiodącej nie powodowały okręcania się tuby wokół pręta usztywniającego. Mogę powiedzieć, iż taki sposób jest znacznie szybszy niż korzystanie z oryginalnych uchwytów tubowych, równie precyzyjny i dużo tańszy. Jednak nie bardzo zdaje on egzamin przy rurkach metalowych. Niektóre imadła mają szczęki z wyżłobieniem, pozwalającym uchwycić koniec tuby. Przy krótkich sztywnych rurkach może jako tako zdaje to egzamin, ale, np. wiążąc 10 cm tubę plastikową musimy wspomóc ją prętem usztywniającym.
























Istnieją też specjalistyczne imadła, dostosowane tylko do produkcji much tubowych. Jest to tuleja, umocowana na kolumnie równolegle do powierzchni stołu. W tuleję wkłada się pręt usztywniający tubę. Budowa tulejki pozwala płynnie obracać muszką. Kilkanaście centymetrów od imadła przykręca się do krawędzi stołu drugą kolumnę. Służy ona do naciągania drutu - między jej wierzchołkiem a imadłem. Pomaga to ukręcić niektóre wzory, np. bardzo długie tuby. Innym wyspecjalizowanym rodzajem imadła jest odmiana słonowodna. Szczęki ustawione są w nim pionowo. Odległość szczęk od kolumny jest bardzo duża. Od góry, między szczękami a kolumną, znajdują się specjalne nosze, na których kładziemy długie skrzydełka.
































Przy wyborze imadła warto zwrócić uwagę na jego kolor. Bardzo pożądana jest matowa czerń. Może być to lakier lub oksydowanie – i tak wcześniej czy później zetrze się każda powłoka – no może poza chromem. Tu znów mnie dziwi, czemu porządne firmowe imadła bywają chromowane? Mimo niezaprzeczalnej wytrzymałości chromu i odporności na korozję, błyszczące szczęki nie są dobre, bo bardzo męczą oczy! Polecam, zatem matowe wykończenia. Całkiem przyjemne okazują się szarostalowe powierzchnie, pozostałe po hartowaniu. Przy odrobinie dbałości takie imadło nie będzie nam rdzewieć (twarda, hartowana stal jest znacznie odporniejsza na korozję, niż miękka). Wystarczy, co jakiś czas przetrzeć je szmatką nasączoną olejem. Kropla oliwki nie zawadzi też między poszczególnymi elementami pracującymi. Polecam specjalistyczną oliwkę do łańcuchów rowerowych z teflonem, np. Teflon Plus. Po wyschnięciu przestaje być lepka i nie brudzi rąk.
Imadło może być sadowione na stoliku kilkoma sposobami:

1. Na ciężkiej podstawce – wygodne do imadeł przenośnych (gdzie postawisz tam stoi i możesz kręcić)
2. Na sprężynowej „żabce” – niezbyt precyzyjne do okazjonalnych zastosowań
3. Na przykręcanym uchwycie, do zastosowań profesjonalnych, do imadeł stałych. Uchwyt musi pozwalać na obrót imadła wokół pionowej osi. By zapewnić płynny ruch obrotowy, między śrubę blokującą, a pionową kolumnę imadła, zakładam okrągły dystans – wycięty z plastikowej butelki po napojach. Równie dobrze może być to jakakolwiek inna tuleja, nałożona na pionową rurkę imadła.
4. Na gwincie wkręcanym w np. pieniek drzewa – do zastosowań podróżniczych, według mnie chybiony patent.
5. Imadło może być sadowione także pierścieniem na palcu – kolumna imadła mieści się w dłoni! Są to specjalne malutkie imadełka, typowo podróżne. Jeśli zachodzi potrzeba ukręcenia nad wodą kilku prostych muszek, to jest to świetne rozwiązanie.

Generalnie, imadło stacjonarne musi być tak mocowane i mieć na tyle silną konstrukcję, by nawet przy bardzo silnych zaciągnięciach nici wiodącej pozostawało stabilne oraz całkowicie nieruchome! Nie wszystkie modele, także te renomowane, mogą się tym szczycić.
Dobre imadło powinno wytrzymać bez wymiany szczęk kilkadziesiąt tysięcy much. Jeśli po 2 – 3 tysiącach ma jakieś defekty, to nie jest warte najmniejszej uwagi. 25 000 to dobry wynik, 50 000 - najwyższa klasa, dla profesjonalisty. A swoją drogą, zastanawiam się ile cykli jest w stanie wytrzymać imadło za 1000 USD?

Jeśli miałbym polecać komuś początkującemu jakiś niedrogi model imadła, to wskazałbym chyba na samozacisk. Ze względu na uniwersalność, można na nim, bez obawy, tłuc tysiące różnych much. Do bardzo precyzyjnych zastosowań sugerowałbym nabycie droższego imadła firmowego. Wybór dyktowałbym raczej wygodą pracy, w rzeczywistości, nie ma ono aż takiego wpływu na ostateczny wygląd muchy. Dla kogoś, kto wiąże wielkie ilości much najważniejsza jest jakość stali i tu najlepiej posłuchać opinii innych wędkarzy, a nie zapewnień producenta. Markowe imadła, nawet bardzo drogie też nie zawsze warte są zakupu. Np. wyrób firmy C&F, mimo bardzo wysokiej ceny i elegancji wykonania, nie daje praktycznie żadnych extra możliwości - to zwykłe prościutkie, acz solidne imadło.

Do zaawansowanych prac nieodzowne stają się odciągi i dodatkowe ramiona mocowane przy imadłach. Są to pręty przykręcane do stołu lub kolumny imadła, sięgające pod, nad, z boku lub z góry szczęk. Najczęściej spotykane wysięgniki to:

1. odciąg nici wiodącej – pręt z rolką, pozwalający ustawić nić wiodącą równolegle do trzonka haczyka, by bobinka nie przeszkadzała, np. podczas nawijania tułowia

































2. ramię, z zawieszonym na sprężynie drucianym haczykiem, do paradunów i paraloopów. Przy paraloopach haczyk powinien być pełniejszy (jak litera „S”), przy paradunach lepiej sprawdza się haczyk bardziej rozwarty ( jak „L” ) – łatwiej z niego schodzi pętla
3. ramię z mocnymi szczypcami samozaciskowymi – niekiedy też na sprężynie. Stosowane przy zaplataniu tułowia na drucie, do plecionek czterożyłowych, do tułowi typu extended, przy niektórych parachutach, i przy wszystkich sytuacjach, w których musimy naprężyć materiał do konstrukcji muchy.










































Warto mieć kilka takich wysięgników. Do niektórych muszek potrzebne są dwa, a nawet trzy wysięgniki jednocześnie. Niestety w większości wypadków trzeba wykonać je samodzielnie, bo w ofercie handlowej jest tego bardzo niewiele. Pręty takie nie powinny być cieńsze niż 3mm, bo staja się mało stabilne. Oczywiście, zamiast prętów śmiało można stosować cienkie rurki, tyle, że są one trudniejsze do gięcia.

Nasze imadło warto wyposażyć jeszcze w dwa prościutkie, a bardzo przydatne gadżety: kręgi do dubbingów oraz gęsto skręconą sprężynę. Tę zakładamy kilka centymetrów od szczęk. W jej sploty wciskamy lamety, nitki, itp., odstające poza kolanko haczyka tak, by nie przeszkadzały podczas wiązania innych elementów muszki.
































Kręgi do dubbingów najlepiej wykonać z naturalnego korka. Są to dwa (lub więcej) grube pierścienie, ciasno wciśnięte na rurę, będącą kolumną imadła. Między nie upycham pęczek dubbingu tak, by odrobinę wystawał na zewnątrz. Do każdej muszki trochę wyskubuję, dzięki czemu nie muszę za każdym razem sięgać po pudełko z wełenkami.







































Sprzedawane specjalne, wielokomorowe pojemniki z dziurkami na dubbingi, nie nadają się do wszystkich materiałów. Choćby foka ma strukturę utrudniającą korzystanie z nich. Warto mieć takie pudełko, lecz tylko do określonej grupy mieszanek. Kręgi są bardziej uniwersalne i ułatwiają pracę.

Ponieważ nie jest to artykuł o meblach flytiersa, dlatego o stoliku pod imadło tylko kilka słów: powinien mieć matowe wykończenie i gładką powierzchnię. Osobiście używam stolika w kolorze białym (przynajmniej kiedyś taki był) z otworem wywierconym ok. 3 cm od jego krawędzi. W tej dziurze mocuję stopę imadła. Takie rozwiązanie jest dla mnie znacznie wygodniejsze, niż kiedy imadło zamocowane jest na samej krawędzi stołu. Gdy będę malował powtórnie jego powierzchnię, użyję koloru nieco złamanej bieli. Dobrą barwą jest też naturalny odcień jasnego drewna - choćby buka. Popularnej sosny nie polecam, bo jest zbyt pstrokata, zbyt pomarańczowa i zbyt miękka.
Inne materiały autora:


Chruszczewski - na mokro


Reguła - supersuszki


Wiosenny swap


Frąckiewicz - speyomania


Polskie majówki cz. 1