Konkurs

Autor: Maciek Gorecki | Dodany: 2002-12-05

wyślij znajomemu   wydrukuj stronę

  1  2  następna   




Od pewnego już czasu dręczą mnie językowe braki w muszkarskim nazewnictwie. Jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że mogę na bieżąco czytać anglojęzyczną literaturą i zacząłem już chyba myśleć o łowieniu pstrągów po angielsku. Nie dlatego, aby moja znajomość tego języka była wybitna, ale po prostu brakuje mi polskich odpowiedników wielu terminów. Zwykłe tłumaczenie słów, przynajmniej w wielu przypadkach jest proste i bezpośrednie: przelotka to guide, kołowrotek to reel i można się tego dowiedzieć z każdego przyzwoitego angielsko-polskiego słownika. Ale już stripper guide to opisowo największa przelotka na muchówce a large arbor reel to też kołowrotek tyle, że wielkobębnowy. Też jeszcze w miarę proste.

Językowe rozterki atakują mnie już nad samą wodą, i zanim jeszcze założę wodery, zastanawiam się czy zaatakować najpierw head (ang. głowa) czy tail (ogon) danego pool (dosłownie basenu, rozlewiska). Jak już się coś uda złowić to i tak jest to po prostu C&R, stąd podczas rozmów z moimi przyjaciółmi w Polsce, dręczą mnie wyrzuty sumienia z powodu kaleczenia własnej mowy. I bądź tu, Panie Reju mądry! „Nie gęsi...” łatwo powiedzieć, kiedy cała zaściankowa rzeczywistość to pogoda za oknem i kilka udomowionych zwierząt; także tych uskrzydlonych i gęgatych.

Prawdziwy lingwistyczny koszmar zaczyna się na dobre, gdy zasiadam za imadełkiem. Połowa narzędzi i technik nie ma jeszcze swoich polskich odpowiedników i nawet tak podstawowy przyrząd jak anglojęzyczny bobbin (bobinka, nawijarka, odwijarka, wijarka, krętaczka, kręciołka...?), nie ma jeszcze swojego standardowego polskiego odpowiednika. Jak w takim świecie w ogóle pisać o wykonywaniu sztucznych muszek? Pozostaje tylko współczuć Józefowi Jeleńskiemu, który pierwszy atakował te trudności pisząc ”Wędkarstwo muchowe”. Młodszym czytelnikom przypomnieć przy tym trzeba, że robił to wtedy, gdy w wędkarskich sklepach nie było dokładnie nic, a zdobycie kilku metrów nici (tzw. „nić wiodąca”) graniczyło z niemożliwością. Do dziś ściga mnie zresztą koszmar wspomnień pozyskiwania „pojedynczych nici z nieelastycznej pończochy”, ale wyprodukowanie cienkiej, mocnej nitki przekraczało możliwości planowanej gospodarki socjalistycznej. Stąd, nasze zacofanie w nazewnictwie wynika także z różnic cywilizacyjno-kulturowych.

Moje poczucie tożsamości zatraca się groźnie, a myśli wypełnia troska o psychiczne zdrowie, gdy próbuje nazwać to, co sam robię przy imadle. Nie za bardzo wtedy wiem, kim w tak naprawdę jestem. Anglojęzycznym fly tyerem czy zwykłym facetem, który robi sobie sztuczne muszki? Chyba tym drugim, i jest nas w Polsce zapewne kilkanaście tysięcy. Co by się jednak stało, gdyby amerykańskim wzorem, te tysiące osób skrzyknęło się celem wydawania magazynu poświęconego wykonywaniu sztucznych muszek? Po angielsku takie pismo nazywa się to po prostu „Fly Tyer” (czyt. flajtajer), co dosłownie znaczy „wiązacz much”. Czy polskim odpowiednikiem miałby być tytuł „Facet, który robi sztuczne muszki”? Nie brzmi to chyba zbyt dobrze. Być może, podobnie jak w informatyce, także w wędkarstwie muchowym przyjmą się kiedyś terminy anglojęzyczne, zwłaszcza, że w nazewnictwie samych much i tak stosuje się głównie nazwy angielskie i od kilkuset lat właśnie Anglosasi narzucają tempo i kierunek rozwoju naszego hobby.

Oczywiście język polski jest na tyle bogaty, że wszystko da się wytłumaczyć metodą opisową, ale w dobie szybkiej wymiany informacji oraz rosnącej popularności muszkarstwa w Polsce, aż prosi się o jakieś uproszczone słownictwo. Ponadto, na całym świecie osoba wykonująca sztuczne muszki wcale nie musi łowić, a wykonywanie muszek staje się pasją samą w sobie. Stąd używanie nazwy „muszkarz” w stosunku do osoby wykonującej sztuczne muszki może okazać się nieprecyzyjne. Słowo „muszkarz” jest historycznie zarezerwowane dla osoby łowiącej na sztuczna muszkę więc coś z tym fantem trzeba prędzej czy później zrobić. Z tych powodów, kilkanaście dni temu, na forum NaMuche.pl, rozpisałem mały, nieoficjalny konkurs na nazwę. Ciekawy byłem i jestem, jak inni dają sobie radę z językowymi rozterkami.
  1  2  następna   


Paszko - zimowe streamerki


muchy trociowe Edmunda Antropika


Ostafin - lipieniowe wyloty


Warda - na małą rzekę


Sikora – małe i mniejsze suche