Wielkomiejskie, niemieckie bolenie...

Autor: Sławomir Stec | Dodany: 2003-03-27

wyślij znajomemu   wydrukuj stronę

  1  2  następna   




Mieszkam w Berlinie i nigdy bym nawet nie pomyślał, że właśnie tu po latach wrócę do "nękającej" mnie w czasie studiów, pasji - muszkarstwa.
Spacerując z synem nad brzegami Landwehrkanal (kanał łączący Szprewę z Teltow Kanal), napotkałem człowieka z muchówką! Młody Amerykanin z elegancką klejonką w samym środku Berlina to widok naprawdę niecodzienny. Polował z suchą muchą na wędrujące kanałem do
Szprewy stada jazi, kleni i boleni. Tego wieczora udało mu się skusić na dużego czarnego palmera, dwa nieduże bolki.

W ciągu tygodnia udało mi się ściągnąć pozostawiony w Polsce sprzęt i w następną sobotę byłem nad wodą. Takie były początki. Po kilku wspólnych wyprawach w obiecujące miejsca sam zacząłem szukać stanowisk ryb. Każdy most na Szprewie przy pewnej dozie cierpliwości okazywał się ostoją mniejszego lub większego stada boleni. Problemem były dogodne do rzutu stanowiska. Do suchych much wychodziły oprócz boleni jazie i klenie, to było Eldorado!

Oczywiście wszystkie ryby wracały natychmiast do wody, żałuję tylko, że dopiero później dowiedziałem się o możliwościach stosowania haków bezzadziorowych. Rapy łowione na suchą maksymalnie miały do dwóch i pół „cegły”. Aby nie męczyć niepotrzebnie ryb stosowałem metodę przybliżonego mierzenia - cegła z nabrzeża 22,5 cm - czyli plus minus około 60 cm. Te duże, widoczne w trakcie żerowania, niestety nie interesowały się suchymi muchami. Jedyną radą było zastosowanie streamera, ale niestety brania były bardzo rzadkie.

Szprewa w Berlinie ma niewielki uciąg a i zdarza się, że prawie stoi, wszelkie możliwe metody prowadzenia muchy były prawie tak samo skuteczne i generalnie ignorowane przez polujące bolenie. Coś było nie tak. Pomógł przypadek i obserwacja tego, co dzieje się nad wodą. Kursujące co parę godzin statki pasażerskie i barki powodowały radykalną zmianę poziomu wody, przepływając pod mostem wyciskały spod niego wodę, wracająca fala tworzyła wkoło filarów trwające jeszcze przez parę minut wiry. W tym czasie nie było żadnych oznak żerowania drapieżników na powierzchni, co się działo pod wodą zostawało w sferze domysłów. Wszelkiego rodzaju organizmy wodne wymyte prądem wody, nagle znajdowały się w toni. Drobnica szukająca pokarmu i schronienia za kamieniami, przy dnie, była wyrywana przez silny prąd ze swoich kryjówek i korzystała z obficie zastawionego stołu. Potwierdzały to obserwacje rozpaczliwie walczących z prądem małych rybek, które nieoczekiwanie dla nich samych znalazły się blisko powierzchni. Streamer, nieobciążony, zatapiany sink tipem, zachowywał się dokładnie tak jak te małe rybki. Prąd wody wynosił go na powierzchnię, a tonąca końcówka próbowała go zatopić. Efektem było parę rybek osiągających rozmiary prawie czterech cegieł. Rapy wcale się nie przejmowały męczącym holem, odpinane delikatnie w wodzie, były gotowe do ponownego brania nawet już na drugi dzień. Jednego kolesia z charakterystycznymi ubytkami w płetwie ogonowej udało mi się złowić nawet trzy razy, wymagał tylko ode mnie za każdym razem nowej kolorystycznie muchy.
  1  2  następna   


Rzuć okiem na pupę!


Frąckiewicz - zamiast muddlera


Warda - na małą rzekę


Sikora – małe i mniejsze suche


Polakowski – broń na uciekiniera