Wielkomiejskie, niemieckie bolenie...

Autor: Sławomir Stec | Dodany: 2003-03-27

wyślij znajomemu   wydrukuj stronę

poprzednia  1  2    





Niestety, wszystko, co dobre szybko się kończy, do lipca z „moimi” boleniami uporali się spinningiści łowiący z łodzi. Ale smak walki z wielką rybą, na delikatnym sprzęcie, pozostał.
Spróbowałem poza miastem, najbliższą wodą spełniającą wszystkie warunki: czysta woda, cisza i spokój, była Szybka Szprewa (Szprewa częścią wody zasila Kanał Odra-Szprewa, to, co jej po tym dealu zostaje nazywa się Szybką Szprewą – Schnelle Spree). Jest to dawne koryto o dość szybkim nurcie, szerokie, krótkie główki porośnięte są drzewami, na niektórych stoją kilkudziesięcioletnie dęby. Złowienie bolenia, mimo zlokalizowania paru stanowisk było prawie niemożliwe. Nie pomagało ciche podchodzenie i kamuflowanie się. Wystarczał pierwszy rzut, by żerujące hałaśliwie ryby znikały na dobre.

Receptą był połów z główki na główkę. Zero finezji rzutu, pływający sznur lub lepiej ciężka pływająca głowica i pływająca running line i 30-40 metrów podkładu wysnute z kołowrotka, mucha postawiona i przytrzymywana na wysokości niższej boleniowej główki prowokowała drapieżniki do ataku. Streamery na bazie sierści lisa łączonej z Ghost Hair Romana Mosera, na możliwie cienkim haku, z lekkimi oczami z łazienkowego łańcuszka bez problemu czyniły swoją powinność.

Druga metoda bazowała na dalekim rzucie pod prąd, założeniu łuku na sznurze i pozwoleniu, aby streamer spływał napędzany utworzoną na wodzie pętlą – prowadzenie much bez szarpnięć, z jednostajnym przyspieszeniem imitowało spływającą z prądem rybkę. Najlepiej sprawdzała się na wewnętrznych łukach rzeki i przy zastosowaniu pływającego sznura DT. W głębokich rynnach dokładałem przypon tonący.

Boleń na streamera zacina się z reguły sam, ataki na prowadzoną tuż pod powierzchnią muchę są niesamowicie spektakularne. Nagle, znikąd, za muchą pojawia się wielka ryba, zachodzi ją z boku, streamer znika, boleń robi zwrot błyskając całą swoją szerokością i niknie jak duch w głębi. Kołowrotek gra, wędka wygięta w łuk. Adrenalina wypełnia żyły wędkarza i ryby. Dopiero po udanym holu i wypuszczeniu z szacunkiem rybki wróci do normalnego poziomu.
„Łosoś dla ubogich”, to określenie zaczerpnięte z jakiejś książki o tematyce wędkarskiej uważam za przesadzone i zmniejszające szacunek dla tej pełnowartościowej wędkarsko ryby. Stosując metodę sztucznej muchy i haki bezzadziorowe można mieć naprawdę dużo fajnej zabawy, a dla mnie, mieszczucha z wyboru, boleń był początkiem powrotu na łono braci muszkarskiej. Otworzył, dzięki poznaniu ciekawych ludzi, drogę do troci i łososi, które to rybki, aktualnie znajdują się w centrum mojego zainteresowania.

poprzednia  1  2    


Banachowski - małe i jeszcze mniejsze streamery


Banachowski - muchy szczupakowe


Reguła - na klenia


Frąckiewicz - duże mokre


Żaby bez zaklęć