Lipień z potoku

Autor: Przemek Jedliński | Dodany: 2002-08-14

wyślij znajomemu   wydrukuj stronę





Dla muszkarzy, którzy chcieliby uciec od zatłoczonych łowisk i spróbować czegoś specjalnego mam interesującą propozycję. Spróbujcie wybrać się na górne odcinki rzek, lub po prostu potoki (niekoniecznie zaliczane do krainy pstrąga i lipienia) i zapolujcie na lipienia. Słowa "zapolować" używam świadomie, albowiem to właśnie ono w pełni oddaje ideę mojej propozycji.

niezbędne wyposażenie
Specyfika takiego łowiska wymusza na wędkarzu konieczność dokonania zasadniczych zmian w podejściu do wędkowania. Najważniejsza z nich to rezygnacja z uciążliwych spodniobutów na rzecz woderów, czy nawet - w okresie letnim - wygodnych adidasów. Równie istotne jest używanie jak najkrótszego wędziska - jego długość nie powinna przekraczać 2 metrów. Ubiór wędkarza winien nie tyle umożliwiać brodzenie, ile zapewnić długie i bezpieczne wędrówki po brzegach w poszukiwaniu stanowisk ryb. Nierówność terenu, a przede wszystkim gładkie, wypłukane przez wodę kamienie, nierzadko porośnięte mchem powodują konieczność stosowania przede wszystkim bezpiecznego obuwia. Jeżeli więc nie chcecie nabawić się bolesnych kontuzji, lub co gorsza uszkodzić podczas upadku ukochanej muchówki nie wybierajcie się nad wodę bez obuwia zaopatrzonego w filcowe podeszwy, wzmocnione specjalnymi, antypoślizgowymi ćwiekami.

podchody
Baczna obserwacja zarówno rzeki jak i najbliższego otoczenia to oprócz dyskretnego zachowania podstawa dająca szansę na znalezienie i nie spłoszenie żerującego lipienia. Trzeba wiedzieć, że lipień z górnego odcinka rzeki swoim zachowaniem w żaden sposób nie przypomina pobratymca z tradycyjnych łowisk. Udane łowy może zapewnić znacznie większa ostrożność niż przy podchodzeniu pstrąga. Długo zastanawiałem się z czego wynika ta niespotykana płochliwość ryb? Kilkuletnie obserwacje w dolnośląskich rzekach pozwalają na wysunięcie hipotezy, iż główną przyczyną czujności może być brak stałych (w krótkim okresie czasu) stanowisk spowodowany skromną bazą pokarmową górskich potoków. Żyjące tu niewielkie ilość lipieni w poszukiwaniu pokarmu codziennie migrują od kilkudziesięciu do nawet kilkuset metrów, zarówno w dół jak i w górę rzeki. Stały niedobór pokarmu wcale nie powoduje zmniejszenia ich ostrożności, ba jest wręcz odwrotnie.

zaskoczenia
Największą niespodzianką jest rodzaj interesującego ryby pokarmu. Okazało się, że wszelkiego rodzaju chruściki, jętki czy też inne typowe wodne bezkręgowce w okresie od maja do października stanowiły znikomą część diety lipieni. O tym co było dominantą pokarmową wcale nie decydowało ubogie w pokarm środowisko wodne, lecz jego otoczenie.
Niedaleko jednego z dopływów Bobru, na którym można wędkować, znajdowało się kilka mrowisk, których mieszkanki opanowały okolice rzeki na przestrzeni kilku kilometrów. Wędkowanie - wyłącznie z brzegu ze względu na fakt, iż rzeczka to niewielka - nieraz kończyło się niezbyt przyjemnymi bliskimi spotkaniami z tymi wojownikami, ale wierzcie mi, że było warto cierpliwie znosić te uciążliwości. Różnego koloru i wielkości imitacje mrówek, zarówno w wersji suchej, mokrej jak również nimfy zapewniały branie praktycznie po każdym podaniu. Prawdziwą rewelacją okazała się dwukolorowa imitacja o katalogowej nazwie TRANSPARENT ANT, w której brązową jeżynkę uzupełniłem lub zastąpiłem (w wersji nimfy) złotą lub srebrną przewiązką.
Zaledwie kilkaset metrów powyżej pierwszego mrowiska, gdzie kończył się teren opanowany przez mrówki, lipienie zupełnie już się nie interesowały ich imitacjami. Tutaj dominantę stanowiły, ze względu na zalesiony teren, imitacje mniszki brudnicy oraz niewielkie zielone gąsieniczki masowo występującej na drzewach liściastych.
Jak więc widać nie istnieją w zakresie przynęt żadne, nawet ogólne, zasady mogące stanowić receptę na idealną lipieniową muchę. Oczywiście uwaga ta dotyczy tych specyficznych łowisk.
Wszyscy wiemy, że to wytrwałość, pomysłowość wędkarza decydują o sukcesach, tym bardziej, że w górnych odcinkach rzek nie należy spodziewać się obfitych połowów. Ryby występują tu co najwyżej w niewielkich stadkach. Ci z kolegów, którzy jednak zainteresują się moją propozycją, nie przestraszą się trudnościami terenu, wielogodzinną, mozolną wędrówką, mogą liczyć na udane, ba! ekscytujące łowy. Dla mnie takie łowienie ma jeszcze jedne wspaniały walor - na tych małych, górskich potokach odnajduję samotny, bardzo bezpośredni kontakt z przyrodą, który pozwala zgłębić i zrozumieć jej bezcenną dla nas wartość.



Polskie majówki cz. 2


Żaby bez zaklęć


Rzuć okiem na pupę!


Białoń - kiełże!


Wiosenny swap