Dlaczego nie na muchę

Autor: Artur Wysocki | Dodany: 2002-08-14

wyślij znajomemu   wydrukuj stronę

  1  2  następna   




Moja przygoda z połowem troci na muchę zaczęła się pod koniec lat 80-tych. Spinningując na Słupi spotkałem Roberta Tracza, który z muchówką przemierzał rzekę w okolicach Kwakowa. Przy herbatce opowiedział mi o klubie "Pstrąg". Byłem już studentem w Gdańsku i przy najbliższej okazji wpadłem na spotkanie z Edmundem Antropikiem, który niedawno wrócił ze Stanów. Właśnie na nim zobaczyłem nowe muchy. Kompletnie inne od wzorów, które dotąd oglądałem, i które miałem w pudełku. Te dziwolągi były pstrokate, puchate i kolorowe jak kolibry. Ktoś nawet rzucił, że na takie dziwadła, tylko głupie, amerykańskie ryby mogą się nabrać. Okazało się jednak, że rybie gusta nie znają granic i że te "dziwadła" są fantastyczną przynętą na pstrągi, a przede wszystkim na trocie.

Dla mnie świeżo upieczonego muszkarza troć na muchę była szczytem wędkarskich marzeń. W wędkarskiej literaturze praktycznie nie było artykułów o połowie troci na muchę (z wyjątkiem "Wędkarstwa muchowego" J. Jeleńskiego). Wszystko to sprawiało, że połów troci wydawał mi się szczytem muszkarskiego wtajemniczenia. W końcu udało mi się zdobyć trochę pomarańczowych piór marabuta, parę łososiowych haczyków, motków chenille i 3m lead coru. Uzbrojony w NRD-wską Germinę, pływający sznur z dołączonym dopalaczem czekałem na rozpoczęcie sezonu. Po zakończeniu sesji, prosto z dworca w rodzinnym Słupsku ruszyłem nad rzekę. Po paru godzinach wygłupiania się z ciężkim sznurem, ku uciesze spinningistów miałem branie, niestety nie zakończone holem. Byłem jednak szczęśliwy -złowienie troci na muchę było możliwe. Następnego dnia od świtu obławiałem rzekę w Bydlinie. Przy kolejnym zaczepie, kiedy zacząłem się martwić o topniejące zapasy haczyków (wtedy na wagę złota) zaczep ożył i sprawił, że stałem się prawdziwym muszkarzem. Dwu kilogramowy samiec w przepięknej jak na luty kondycji popisał się paroma skokami zanim wylądował w podbieraku. Tak zaczęła się moja przygoda z trocią. Sezon zakończyłem jeszcze dwoma rybami. Na następne rozpoczęcie sezonu przyjechał do mnie Edmund Antropik. W Bydlinie, na co drugim zakręcie słychać było świst muchówek. Można było spotkać kolegów po fachu i to tych z czterometrowymi dwuręcznymi kijami (zazwyczaj z Krakowa) jak i tych z jednoręcznymi muchówkami (styl amerykański adoptowany przez Gdańszczan). Niepodzielnym królem troci był już wtedy mój serdeczny przyjaciel Edmund, po prostu Mundek.

Każdy sezon przynosił mi 3-4 kelty natomiast on miał ich naście. Wspaniałe czasy pierwszej połowy lat 90-tych. Zapał i odkrywanie nowych obszarów. Eksperymentowanie z muchami, kompletowanie specjalistycznego sprzętu, całodniowe wypady, wyjazdy na nowe rzeki i odkrywanie ich dla muchy. Nie przeszkadzało mi wtedy, że spinningiści łowią czasami więcej ryb i że są czasami większe. Brakowało mi do szczęścia letniego srebrniaka. Letnie próby połowu kończyły się zazwyczaj złowieniem pstrągów, których w Słupi w tamtych czasach było całkiem sporo. Aż przyszedł w końcu ten sierpniowy dzień. Razem z przyjaciółmi z Gdańska wybieraliśmy się do Charnowa. Niestety w nocy przyszła burza i tak zmąciła rzekę poniżej Słupska, że uznaliśmy połów za bezcelowy. Pojechaliśmy na górny odcinek rzeki do Leśnego Dworu. Właściwie to liczyłem na pstrąga. Niestety ryby nie brały, nadchodził zmierzch. Wracając wykonałem chyba ostatni rzut. Było już właściwie ciemno i ucieszyłem się, że nie zahaczyłem o jakieś zarośla. Mucha zatoczyła łuk i na małego, oszczędnego streamerka zaciąłem dużego jak mi się wydawało pstrąga. Ciemna jak smoła woda nie pozwalała ocenić ani wielkości ani gatunku ryby. Po pewnym czasie ryba zaczęła słabnąć i pojawił się problem jak zakończyć hol, stałem na wysokiej skarpie. Po chwili wahania wskoczyłem do wody nie wiedząc jaka jest jej głębokość. Na szczęście poczułem pod nogami grunt i podholowałem rybę do siebie. W poświacie zauważyłem przewalające się srebrne ciało. Nogi mi zadrżały, bo już wiedziałem- mam swojego pierwszego srebrniaczka na muchę. Gdy moje palce zacisnęły się na rybim karku i gdy gramoliłem się z nią po skarpie byłem najszczęśliwszym wędkarzem na ziemi. Rybka nie była duża, miała ok. 2 kg. Jednak to z niej cieszyłem się najbardziej. Tego dnia chociaż raz okazałem się lepszy od swojego Mistrza - Mundka. Wracaliśmy do domu z jedną rybą.

Nadszedł pamiętny dla mnie rok 96. Złowiłem 12 troci. Ilość ryb w rzece była porażająca. Duże ilości troci mobilizowały do eksperymentowania, zacząłem próby z dolną nimfą i streamerem z skoczkiem. W kwietniu złowiłem ostatniego kelta w tamtym sezonie. Po pracy wyskoczyłem na dwie godzinki do Bydlina poniżej mostu. Na mylarową rybkę wyholowałem 60cm samiczkę, która miała na ciele ślady po rybackich sieciach. Gdy podbierałem ją ręką, mucha wyskoczyła jej z pyska. Ryba dostała buziaka i w pełnym zdrowiu wróciła do rzeki. Po dwóch tygodniach znów byłem w Bydlinie. Gdy dochodziłem do tamtego miejsca zauważyłem wędkarza. Holował. Zaoferowałem pomoc i gdy brałem rybę do ręki wiedziałem, że to moja samiczka, miała takie same ślady po sieciach. Opowiedziałem mu o przygodzie i pokazałem pysk troci. Rzeczywiście miała rozerwany naskórek na górnej szczęce. Nie wzruszył się, nawet nie zdzwił. Na ch.... ty ją wypuszczałeś?! Uderzenie w kark zakończyło przedłużony o dwa tygodnie żywot ryby. Zwinąłem muchówkę i pojechałem do domu. Tak głupio na rybach chyba nigdy się nie czułem.
  1  2  następna   


Frąckiewicz - zamiast muddlera


Frąckiewicz - duże mokre


Wiosenny swap


Reguła - na klenia


Polskie majówki cz. 1