Zimowa troć na muchę

Autor: Robert Tracz | Dodany: 2005-01-26

wyślij znajomemu   wydrukuj stronę





Na początku lat osiemdziesiątych zetknąłem się z grupą wędkarzy należących do Koła „Politechnika Gdańska” założonego w 1968 roku. Poznałem m.in. Irczuka, Hołowacza, Antropika…ludzi zaliczanych wówczas do czołówki polskich muszkarzy. Warto wspomnieć, że największym sportowym sukcesem tego pokolenia było zdobycie przez Edmunda Antropika Muchowego Grand Prix Polski w 1985 roku.

Koło nasze w każdym sezonie organizowało wyprawy wędkarskie na pomorskie rzeki trociowe i jeśli tylko było wolne miejsce w autokarze, a zazwyczaj było, to brałem w nich udział. Kilku kolegów łowiło już trocie na muchę. Ja co prawda miałem już kilkuletni muszkarski staż, ale o łowieniu keltów i srebniaków tą metodą tylko słyszałem.
Podczas jednej z wypraw, na Łupawie poniżej Smołdzina, Antropik na moich oczach zapiął na muchę i wyholował troć wagi około 2,5 kg. Byłem chyba bardziej podekscytowany niż łowca. Złożyłem spinning i do końca dnia chodziłem za Mundkiem obserwując jego poczynania...I tak się zaraziłem.W ciągu tygodnia skompletowałem sprzęt na miarę ówczesnych możliwości i w następny weekend naładowany optymizmem i chęcią łowienia dużych ryb zjawiłem się nad brzegiem Wieprzy. Byłem przekonany, że jeśli łowię pstrągi potokowe i lipienie to i z trocią nie będzie problemu. Później odwiedzałem jeszcze wielokrotnie Słupię, Łebę, Redę, Grabową… Na tej ostatniej złowiłem kilowego tęczaka… natomiast troci nie widziałem przez dwa sezony. Przyjąłem to z goryczą, ale i z pokorą.
































ilustracja - Robert Tracz



Sporo nauczył mnie pobyt w Norwegii i wspólne połowy z muszkarzami norweskimi oraz Jurkiem Jurkanem na Nidelwie, Orkli i Gauli.
Można im zazdrościć, że łowią trocie i łososie tylko wstępujące, chociaż sezon mają bardzo krótki, zaledwie trzy miesiące. Zazdroszczę im również form zorganizowania wędkarstwa, czystych brzegów i paru innych rzeczy… U nas w połowach dominują kelty, ale ci, którzy „rządzą” naszymi rzekami, ustanawiają na nich „swoje rewiry” i dziwaczne przepisy oraz ci którzy je grodzą i zastawiają sieciami nie pytają nas wędkarzy o zdanie. Swoje coroczne, jesienne żniwa mają za to rybacy i kłusownicy. W naszym kraju trocie i łososie wciąż nie są rybami dla wędkarzy, w całym tego słowa znaczeniu… O wszystko, co jest proste, logiczne, zasadne, musimy walczyć, wręcz „wyrywać z gardła” urzędnikom, „ochroniarzom przyrody” i tak zwanym działaczom z innej epoki, którzy przykuli się do steru tonącej łajby pod nazwą PZW.

Wracając jednak do wędkowania mimo trudnych początków kolejne lata były łatwiejsze. Pomogła pierwsza ryba i poszło już z górki… to znaczy jak to zwykle nad wodą bywa, raz z rybą, dwa razy bez, lecz najważniejsze, że łowiąc pierwsze trocie uwierzyłem iż jest to możliwe, a muchy które wykonuję są skuteczne.

W kolejnym sezonie matka natura potraktowała mnie łaskawiej – trzy kolejne wyjazdy na Słupię, trzy trocie, plus medalowy srebrniak ze środkowej Wieprzy. Przychylność natury i wędkarskie szczęście to jedno, drugie, istotniejsze to zmiana sposobu łowienia. Zacząłem łowić zdecydowanie głębiej. Prawie „orałem dno”, dokładniej i cierpliwiej obławiałem domniemane stanowiska ryb. Skróciłem przypony do 60-80 centymetrów, dzięki czemu mucha szybciej schodziła na pożądaną głębokość a do konstruowanych much wprowadziłem materiały w kolorze żółtym, co zaowocowało większą ilością brań. Mucha z dominacją tego koloru w podmąconych, często pośniegowych wodach pomorskich rzek jest dobrze widoczna dla ryb – jeśli nie zaatakują jej wprost to zdarza się, że odprowadzają lub odganiają „żółtego intruza” z rewiru, uderzając w nią zamkniętym pyskiem, przez co ujawniają swoje stanowisko. Podrażniona ryba może pochwycić muchę za kolejnym jej przeprowadzeniem.

Troć nie lubi niskiej, prześwietlonej wody i bezchmurnego nieba. Większość ryb łowiona jest podczas odwilży, w dni pochmurne podczas przelotnych opadów śniegu lub deszczu. Trocie uaktywniają się, gdy po porannych przymrozkach następuje ocieplenie i rośnie poziom wody. Topniejący śnieg wypłukuje z rowów i dopływów różnorodny pokarm, w tym żaby, ulubione kąski keltów.
W żołądku jednej z patroszonych troci znalazłem aż pięć świeżo połkniętych żab, w tym jedną, która jeszcze żyła.
Podczas wyższych stanów wody trocie zajmują stanowiska w rzece niemal na całej jej szerokości; przystają w wyrwach pod brzegami i korzeniami drzew oraz pod podtopionymi gałęziami nadbrzeżnych krzaków. Przy niskiej wodzie szukać ich należy raczej na środku nurtu, w dołach za wlewami i przeszkodami oraz w głębszych rynnach i na łukach zakoli.

Sporo czasu należy poświęcić na dokładne rozpoznanie łowiska. Oprócz osobistych doświadczeń i wędkarskiej rutyny – ta przychodzi z czasem - niezwykle ważna jest umiejętność „czytania” wody, rozszyfrowanie specyfiki łowiska, rzeźby dna. Muchowe odcinki Łeby różnią się od tych na Słupi, odmienne są na Parsęcie a jeszcze inne na Redzie.

Trocie każdego roku z reguły zajmują te same stanowiska w rzekach i te miejsca trzeba znać.

Warto bardziej się przyłożyć na odcinkach, na których złowiliśmy kiedyś rybę – lub złowił inny wędkarz - bądź mieliśmy z rybą kontakt. W takie miejsca opłaca się powracać i kilkakrotnie dokładnie je obłowić. Nierzadko zmiana warunków pogodowych – ciśnienie, zachmurzenie, opady – uaktywnia ryby. Przychodzi „ta” godzina i na odcinku stu metrów kilku wędkarzy niemal w tym samym czasie zapina ryby, chociaż niemal każdy metr wody został wcześniej przeczesany różnymi przynętami.




































Połów troci na muchę w zimie nie jest sprawą lekką, ani łatwą i nie zawsze przyjemną. Bez wątpienia jest to zajęcie dla twardzieli, facetów upartych i konsekwentnych, niezrażających się niepowodzeniami i niesprzyjającą aurą. Parogodzinna „orka” wody, metr po metrze, podczas opadów śniegu czy zacinającego deszczu, często bez kontaktu z rybą może zmęczyć i znużyć każdego. Jednak gdy się zapnie dużą troć lub łososia i to na muchę własnej konstrukcji, czas walki z rybą wynagradza wszelkie trudy, jałowe godziny i przewędrowane kilometry. Łowiłem i w ekstremalnych warunkach pogodowych, podczas śnieżnej zamieci i sporego mrozu… lecz nikogo do tego nie namawiam - zbyt dużo czasu zajmuje walka z obmarzającym sprzętem i własnymi słabościami, ale jeśli ktoś się uprze…to „połamania kija” – mnie już to spotkało, dosłownie. Duża troć po zacięciu poszła pod lodowe nawisy i zatopione gałęzie drzewa. Nie byłem w stanie jej przytrzymać na zbyt delikatnym, jednoręcznym kiju, który nie wytrzymał zmagań z rybą.
Od tamtego czasu łowię solidnym, dwuręcznym wędziskiem, którego nie zdemoluje, jak sądzę, żaden srebrny potwór.

W zimowych wyprawach z muchą na troć najważniejsza jest sama wyprawa – zimowa sceneria i związana z tym pewna skala trudności, udzielająca się „gorączka łowów”, wędrówka, spotkanie nad wodą z kolegami przy ognisku i wymiana doświadczeń – fajnie, jeśli się zapnie coś „odkarmionego”, jeśli nie, też fajnie. Lubię się zmachać i przewietrzyć niczym myśliwski pies i głównie dlatego chodzę za zimową trocią.

I jeszcze jedno…do podbierania ryb nigdy nie używałem ani nie używam pomocniczego sprzętu w rodzaju haków, gaf czy podbieraków – mam dwie ręce.
W połowie marca ubiegłego roku w Słupi w pobliżu Charnowa złowiłem swojego pierwszego łososia. I chociaż była to „tylko” samica mająca 90 cm długości, to zafundowała mi blisko pół godziny mocnych wędkarskich wrażeń, dla których warto było się trudzić także podczas zimowych sezonów.
Inne materiały autora:


Banachowski - muchy szczupakowe


Rekowski – makrelka, polska mucha


Sikora – małe i mniejsze suche


Polskie majówki cz. 1


Mokot - big fly & big game