Moje trocie

Autor: Edmund Antropik | Dodany: 2002-08-14

wyślij znajomemu   wydrukuj stronę

  1  2  następna   




Kiedy zaczynałem łowić te wspaniałe ryby nad trociowymi rzekami nie spotykało się muszkarzy, bo na troć jeździło się ze spinningiem. Pewnie sam bym nigdy nie sięgnął po muchówkę, gdyby nie Józek Jeleński. W zasadzie Józio był pierwszym wędkarzem, który postanowił spróbować połowu troci na muchę. A początek wyglądał tak....Kiedyś zadzwonił do mnie i zapowiedział swój przyjazd. Postanowiliśmy razem wypróbować tą metodę. Józio wtedy już sporo wiedział o połowie tych ryb. Przecież na Wyspach Brytyjskich łowiono troć na muchę od setek lat i sprawa była doskonale opisana w wędkarskiej literaturze. Tak trafiliśmy nad moją ukochaną Wieprzę. Józio twierdził, że trocie powinno się łowić w nocy, więc załatwił specjalne zezwolenie.

Pomysł nie przypadł mi to do gustu, bo po ciemku czuję się zupełnie bezradny. Postanowiłem jednak, że zarwę tą jedną noc, a potem damy sobie spokój. Już po pierwszej godzinie chciałem zrezygnować. Łowiłem bez przekonania. Coś mnie jednak powstrzymywało przed zejściem z wody - był to cudowny widok ukrytej w ciemnościach ukochanej rzeki. Niespodziewanie i gwałtownie wynagrodziła mi ten zachwyt. Nagle na wędce poczułem silne targnięcie, a po kilkuminutowym holu wpatrywałem się w srebrzyste ciało wspaniałej ryby. Tej nocy spotkało mnie jeszcze większe zaskoczenie, a były nimi gratulacje Józia. Jego radość była naprawdę większa od mojej, bo moja ryba potwierdziła jego teorię - troć to absolutnie "muchowa" ryba. I tak się zaczęło.

Początki były oczywiście wzorowane na metodzie angielskiej. Łowiłem tak jak wędkarze z Krakowa - dwuręczną wędką, tonącymi linkami. Używałem jednak innych much. Przez lata moim podstawowym zestawem była duża nimfa na skoczku, a jako mucha prowadząca duży, ryży muddler, koniecznie z oczami. Technika łowienia sprowadzała się do rzutów pod przeciwny brzeg i czekania aż linka zatonie. Mój koniczny sznur tonął niestety bardzo powoli i zazwyczaj przed osiągnięciem właściwej głębokości już się wynurzał. Ryby jednak padały i dawało to wiele do myślenia. Wiedziałem już jednak jedno - muchę trzeba głęboko zatopić, gdyż na naszych pomorskich rzekach ryby zatrzymują się na zupełnie innych stanowiskach niż na klasycznych łowiskach w Irlandii czy Szkocji.

Dobre pomysły

Lead core pojawił się w moim arsenale trociowym zupełnie niespodziewanie. Przywiózł go z USA jeden z kolegów. O ile dobrze pamiętam był to wyrób Cortlanda. Był bardzo cienki i lekki więc od razu, na pierwszy wyjazd przygotowałem sobie dość długie odcinki. Pamiętam, że pogoda była pod psem. Było mroźno i wietrznie. Wiedziałem, że ryb nie będzie. Ale można było sprawdzić jak nowy zestaw będzie prezentował się w wodzie. Próba udała się rewelacyjnie. Już po kilku rzutach wiedziałem, że to jest to. Miałem zaczepy co wskazywało, że obławiam wreszcie wodę do tej pory dla mnie niedostępną. Co ciekawe mimo skrajnie niekorzystnych warunków złowiłem tego dnia swoją rekordową troć, ponad siedemdziesięciocentymetrową srebrną samicę.

Natychmiast przestawiłem się i zamiast klasycznych zacząłem używać zwykłych linek cylindrycznych, czyli tak zwanych running lines. Tak zaczęła się kariera lead core'u, który do dziś jest podstawowym elementem mojego zestawu, przede wszystkim zimą i wiosną, kiedy woda w rzece jest wyższa i mętna.

Drugi przełom w łowieniu troci nastąpił pod koniec lat 80tych. Było to po powrocie z USA gdzie przebywałem kilka lat. Przywiozłem stamtąd różne nowe wzory much. Rzecz dotyczyła nie tyle konstrukcji, ile kolorów. Wściekłe róże, seledyny nie cieszyły się moim zaufaniem, zapamiętałem jednak ich popularność w Ameryce. Muszę przyznać, że przez długi czas śmiałem się z pochwalnych opinii na ich temat. Ale zawsze ważny jest przypadek i tak było tym razem. Na jakimś pstrągowym wyjeździe trafiłem na "martwą" wodę. Zdesperowany założyłem w końcu biało - pomarańczowego woolly buggera. Pierwszy ładny potok dał mi dużo do myślenia. Tak zacząłem eksperymentować z kolorami i dodatkami. Najpierw wpadłem na sierść białej kozy, której maiłem akurat pod dostatkiem. Okazało się, że materiał ten fantastycznie pracuje nawet w słabych nurtach, a żywe odcienie doskonale widoczne są w wodzie o małej przejrzystości. Pomarańcz, jasna zieleń (chartreuse), róż w kombinacjach z białym przyniosły rewelacyjne efekty. Równie ważne okazało się dociążanie przynęt. Ołowiane lub cynowe oczy zdecydowanie pomagały im tonąć, a przeciążenie sprawiało, że znacznie ciekawiej pracowały podczas prowadzenia.

  1  2  następna   


Chruszczewski - mokra forever


Rzuć okiem na pupę!


Ostafin - lipieniowe wyloty


Sikora - suche chrusty


Białoń - kiełże!