W obronie kelta...

Autor: Paweł Oglęcki | Dodany: 2002-12-31

wyślij znajomemu   wydrukuj stronę





Zbliża się styczeń, czyli miesiąc, w którym nad pomorskie rzeki wylegnie tłum spragnionych wrażeń trociowych wędkarzy. Nie za bardzo pojmuję ten fenomen, ale właśnie ten gatunek salmonida wzbudza wśród naszych kolegów szczególne pragnienia i emocje – dorwać i zabić! Nawet wytrawne wędkarskie wygi, łowiący jak Pan Bóg przykazał i chętnie obdarowujący ryby wolnością, w tym przypadku zmieniają swe zapatrywania.
Być może pamiętacie te tytuły: „Przygotowania do wojennej wyprawy” albo „Troć pod glanem”... Usprawiedliwieniem dla rzezi szlachetnej ryby ma być wyjątkowy smak jej mięsa, a niektórzy wymyślają tu jeszcze jakieś nawiedzone teksty o atawizmach i ukoronowaniu wieloletnich podchodów. Pal to licho! Wędkarz ma prawo zabić rybę, którą uzna za godne trofeum, o ile jest to zgodne z regulaminem. Tyle, że oprócz regulaminu istnieje jeszcze zdrowy rozsądek i godność, które stanowią nieodłączne atrybuty postawy etycznego wędkarza.

Troć jest rybą wyjątkową z kilku względów. Przede wszystkim należy do rzadkich gatunków dwuśrodowiskowych. Do rzek wpływa w jednym konkretnym celu – odbycia tarła. W naszych przymorskich rzekach ma z tym nie lada kłopot, gdyż „radosna” działalność hydrotechników odcięła trociom dostęp do najlepszych tarlisk, a te, które przetrwały najczęściej są zdewastowane. Stąd wiele ryb w ogóle nie przystępuje do tarła, a rywalizacja na nielicznych, odpowiednich tarliskach prowadzi do niszczenia ogromnych ilości ikry.

Podobny proces ma miejsce wszędzie (jest nieodłącznym elementem doboru naturalnego), jednak nie na taką skalę, gdyż rywalizacja genowa zamienia się w zagładę. Przyroda działa najczęściej według zasady - trochę konkurencji wewnątrzgatunkowej nie zaszkodzi, ale nadmiar to już przesada!

Po odbyciu tarła trocie mogą paść w wyniku wyczerpania i stresu, ale duża ich część przeżywa (w przeciwieństwie do łososi pacyficznych) i spływa na powrót do morza. Ryby te to tak zwane kelty. W okresie tarłowym tracą do 70% masy ciała i najczęściej przypominają chude jak patyki, czarne dętki. I to właśnie jest obiekt wędkarskiego pożądania w kraju pukającym do drzwi Unii Europejskiej! Co ma do tego wszystkiego Unia? Ano to, że w żadnym szanującym się kraju nie łowi się keltów! Nawet, jeśli nie jest to prawnie zabronione, żaden wędkarz z Irlandii czy Danii nie pochwali się takim trofeum! Słyszałem o przypadkach, kiedy Polacy demonstrujący w Szwecji zdjęcia złowionych „okazów” byli zwyczajnie wyśmiewani! Zapewne niektórzy z Was już stwierdzili, że się czepiam. Pstrąg, okoń, szczupak czy sandacz też są wyczerpane tarłem, a jednak łowi się je bez specjalnych oporów. Jeśli chodzi o pstrąga – przez wielu uważanego za formę troci wędrownej – jego połów w okresie od stycznia do marca uważam za nieporozumienie, ale przyznaję, że większość znanych mi pstrągarzy wypuszcza się wtedy nad wodę wcale nie „po ryby” i uwalnia złowione chudzielce. Troć jest jednak wyjątkowa, gdyż u żadnego innego polskiego gatunku nie występują tak duże różnice pomiędzy stadium „przed” i „po” tarłowym. Innymi słowy – kelt (troć zstępująca) to coś zupełnie innego niż srebrniak (troć wstępująca). A może się w niego przeobrazić niczym Kopciuszek w księżniczkę, jeśli tylko damy mu szansę!

Chyba każdy wędkarz przy zdrowych zmysłach wolałby łowić srebrniaki, niż kelty. Ta ryba zupełnie inaczej walczy, jest nieporównywalnie silniejsza i ładniejsza. To po prostu salmonid całą gębą! A wystarczy sobie uświadomić, że zabijając kelty zabijamy potencjalne srebrniaki, które już niedługo mogłyby wrócić do tej samej rzeki. Tak się stanie, gdyż u troci występuje zjawisko homingu (przyznaję, że nie w 100%), czyli powrotu do tych samych rzek, w których same przyszły na świat i odbywają kolejne tarła. Co do tego, ile troci powtarza ciąg tarłowy, zdania są podzielone. Różni autorzy podają od 10 do 40%.

Warto zwrócić uwagę na genetyczny aspekt całej sprawy. Spływające kelty to ryby, które mimo wielu przeciwności odbyły tarło, a więc „dowiodły” siły swych genów. Stanowią cenny materiał reprodukcyjny, gwarancję zachowania puli genowej w dobrej kondycji (osobniki, które nie przystąpiły do tarła, najczęściej giną w wyniku stresu – informację taką otrzymałem od kolegów po fachu ze Szwecji, polskich danych nie znam, do czego się lojalnie przyznaję). Zabijając je, pozbawiamy się szans na łowienie silnych, doskonale walczących troci wstępujących.

Wreszcie kwestia estetyczna. Rzeka zimą jest piękna – wie to każdy z nas, tak jak piękna jest wiosną, latem i jesienią. Tylko jakoś trudno mi dostrzec piękno w śniegu zbryzganym krwią, zasypanym puszkami po piwie, czy opakowaniami po błystkach. Nie oszukujmy się – powszechny i wciąż napędzany styczniowy „pęd” na trocie związany jest z pojawieniem się nad wodą chamstwa wszelkiej maści. Nikt nie pomyśli o wypuszczaniu podhaczonych ryb. Pijane typy biegają po brzegu z osękami, czekając, co by tu nakłuć na hak. Wiem co piszę, gdyż, co prawda na trocie jeżdżę rzadko, ale z racji wykonywanego zawodu bywam nad rzekami bardzo często. Czy ten obraz zdziczenia oglądalibyśmy, gdyby jedynym obiektem łowieckiego pożądania były srebrniaki? Gdyby złowione kelty trzeba było (lub, chociaż wypadało) wypuszczać? Gdyby nikt nie pisał o „keltowych prostkach”, gdzie srebrniaka po prostu nie ma?

Wędkarstwo wcale nie musi polegać na wypełnianiu coraz wymyślniejszych norm etycznych. Być może moje poglądy w „kwestii keltowej” są śmieszne w kraju rozplenionego kłusownictwa, mięsiarstwa i chamstwa, ale można tu sparafrazować znane powiedzenie – „pokażcie mi, jak łowicie, a powiem wam, kim jesteście”!



Rekowski – makrelka, polska mucha


Paszko - proste łowienie


Chruszczewski - na mokro


Frąckiewicz - duże mokre


Mokot - big fly & big game