Agresywny, suchy chruścik

Autor: Adam Sikora | Dodany: 2002-08-14

wyślij znajomemu   wydrukuj stronę

poprzednia  1  2    




samice składające jaja

Najtrudniej naśladować owady, które w charakterystycznym locie unoszą się i opadają na wodę. Może właśnie dlatego niektóre ryby, a w szczególności pstrągi preferują muchy, które w ten sposób się poruszają. Łowię na muchówkę mierzącą 2,20 metra, ale nie ma tu ograniczeń i dłuższa byłaby nawet lepsza. Przypon także jest inny niż w tradycyjnej metodzie suchej muchy i mierzy mniej więcej trzy metry. Gdzieś w jego połowie wiążę na skoczku chruścika, a na muchę prowadzącą streamera. Nie musi on być duży (trudniejsze rzuty), ale powinien stawiać w wodzie jak największy opór. Dobre są tu muddlery, popery lub muchy z łopatką a la wobler. Największą wadą tej metody jest ograniczone pole łowienia. Rzuty musimy wykonywać skośnie w dół wody i zestaw prowadzić zawsze w wąskim pasie, poniżej nas. Po rzucie unosimy wędkę pionowo w górę i pozwalamy, by streamer naprężył cały przypon. Skoczek podskakuje wówczas na wodzie.

Powoli naprężając i luzując sznur "opukujemy" chruścikiem potencjalne stanowiska ryb. Muszka powinna lekko smużyć lub muskać powierzchnię. To naprawdę bardzo skuteczna metoda, przynajmniej zawsze gdy widać polatujące nad wodą owady. Oczywiście nie ja ją wymyśliłem, jest stara jak świat. W Polsce stosowana była wówczas, gdy mało kto wiedział co to jest sucha mucha. Jednak ostatnio jakby nieco "zaśniedziała" i mało kto jej używa. Możemy stosować tu rozmaite odmiany chruścików, ale lepiej, gdy mają one dość bogatą jeżynkę. Wspomnę tu o jednej muszce, której co prawda jeszcze nie wypróbowałem, ale sądzę, że może być bardzo dobra do tej metody. To wzór opracowany przez znanego słoweńskiego wędkarza, Mariana Frantika - Netopir Dry Fly.

Z metodą tą zetknąłem się pierwszy raz w latach siedemdziesiątych nad tatrzańską Białką. Nad rzeką spotkałem Macieja Lachura, który właśnie w ten sposób łowił. Przez chwilę, z daleka obserwowałem poczynania mistrza (od którego wszyscy czerpali wówczas swą wiedzę), by w końcu podejść i spytać się o wyniki. Kiedy usłyszałem, że złowił dwa pstrągi, ochoczo pochwaliłem się taką samą zdobyczą. W końcu złowiłem tyle samo co sam mistrz. Przez resztę dnia łowiłem z wielkim samozadowoleniem, mimo że nie zdołałem już zmienić swego rezultatu. Mina zrzedła mi dopiero po powrocie do Krakowa. Kumple słyszeli już o moim spotkaniu z Maćkiem i z wrodzoną złośliwością poinformowali mnie, że w chwili spotkania miał on już na haczyku około sześciu dorodnych pstrągów. Prawdziwy muszkarz z klasą nie chciał mnie martwić i stąd jego "niedokładna" odpowiedź. Do dziś dnia mam o to trochę żalu, bo podejrzewam, że znając prawdę znacznie wcześniej stałbym się zwolennikiem metody "na skoczka".
Inne materiały autora:
poprzednia  1  2    


Polskie majówki cz. 2


Frąckiewicz - speyomania


Wysocki – na zimowego potoka


Paszko - proste łowienie


Tracz - koralowce