Na niemoc mokra

Autor: Kuba Chruszczewski | Dodany: 2004-02-12

wyślij znajomemu   wydrukuj stronę





Spokojny, jesienny dzień nad podgórską rzeką. Wietrzyk słaby, nie do końca zimno. Cisza. Na powierzchni wody widać sporą ilość jęteczek. Aż od nich gęsto, zwłaszcza na wlocie prądu do płani i na wypłyceniu przed garbem. Mucha płynie, więc lipienie nie próżnują – oczek na wodzie nadspodziewanie dużo. Większość to oczywiście drobnica, ale widać wyraźnie, że pośród młodzieży są i miarowe sztuki. Poznać to łatwo po sposobie zbierania owadów – oczka są duże, branie jest spokojne, bez zbędnego chlupotu, wręcz dostojne. Trudno o lepsze warunki. Zatem do roboty! Wygląda na to, że wystarczy dobrać odpowiednią suchą muszkę, podać ją umiejętnie na cieniutkim przyponie i sukces murowany. Niby tak, a jednak…

Ani kolejna – zdawałoby się – idealnie dobrana imitacja, ani schodzenie z przyponem aż do 0,00 „nic”. Ani maestria w podaniu i prowadzeniu zestawu. Nic nie działa. Brania, owszem, były, ale wyłącznie maluchów. Jeden, na oko miarowy, podniósł się do muchy, obejrzał i zawrócił. I więcej się nie pokazał. Coś jest nie tak.























Znacie takie sytuacje? Na pewno! Najczęściej dzieje się tak wtedy, gdy ryby zbierają nie owady doskonałe, płynące po powierzchni, ale nimfy przed przeobrażeniem, tuż pod powierzchnią wody. W takiej sytuacji złowienie ładnej ryby na suchą muszkę jest bardzo utrudnione. Sięgam wtedy po mokrą i stosuję metodę, która niejednokrotnie sprawdziła się w opisanych wyżej warunkach. Pozwala ona skłonić niechętnego lipienia do brania, daje też szansę na wyselekcjonowanie większych ryb spośród żerującego stada. A wygląda to mniej więcej tak...

Najpierw zestaw. Będę łowił pływającą linką, na dwie mokre muszki. Przypon długości wędziska. Końcowy odcinek 0,12, długości 60-100 cm, potem troczek najwyżej 0,14. Muszki wielkością i odcieniem dobrane do tego, co płynie. Będą tu miały zastosowanie wszelkie oszczędnie i skromnie ubrane mokre i nimfy. Ja najchętniej używam konstrukcje typu „soft hackle”, na haczykach z krótkim trzonkiem, w wielkościach 16-20. Takie muszki moim zdaniem świetnie imitują zarówno nimfę, jak i owada, któremu nie udało się przeobrażenie i spływa bezwładnie pod powierzchnią.

Teraz taktyka. Ponieważ tą metoda łowi się pod prąd, trzeba, więc najpierw obejść żerujące stado i rozpocząć podchodzenie „od ogona”. Jeżeli będę poruszał się ostrożnie i cicho, to jest szansa podejścia ryb na nieduży dystans. Muchy podaję zawsze w kierunku upatrzonego oczka. Nie staram się położyć ich lipieniowi „na łeb” – takie postępowanie mogłoby go spłoszyć. Próbuję ulokować muchy obok i troszkę powyżej. Bardzo ważne jest tu ułożenie zestawu. Chodzi o to, by przypon, linka i kij tworzyły układ możliwie wyprostowany. W momencie, gdy zestaw opada na wodę, kij powinien zatrzymać się nisko, równolegle do powierzchni, a linka i przypon powinny stanowić jego przedłużenie – to oczywiście opis sytuacji idealnej, do której należy dążyć. Teraz, w zasadzie równocześnie z opadnięciem zestawu na wodę, rozpoczynam zbieranie linki lewą ręką (jestem praworęczny) w tempie możliwie zbliżonym do szybkości prądu. Jeżeli będę zbierał linkę za szybko, to nie doczekam się brania – muchy będą poruszały się nienaturalnie. Jeżeli zbyt wolno, to powstaną luzy, które uniemożliwią wyczucie brania, a za chwilę spowodują nienaturalny dryf zestawu.

Cała trudność tej metody, to właśnie dostosowanie prędkości zbierania linki do prędkości prądu w miejscu, gdzie żerują ryby. Stąd też ograniczenia, co do miejsc zastosowania opisywanej taktyki – w miejscach o zbyt szybkim przepływie mogą być problemy z wystarczająco szybkim zbieraniem linki.

Można sobie w takich warunkach pomagać przez jednoczesne unoszenie kija, ale to już nie to samo – będą problemy z zauważeniem większości brań.

W miejscach o zbyt wolnym prądzie pojawią się inne trudności. W wolno płynącej wodzie o gładkiej powierzchni ryby mają więcej czasu na dokładne obejrzenie muchy. Poza tym w takich miejscach linka będzie płynąć w najszybszej, powierzchniowej warstwie wody, zaś muchy trochę niżej, w warstwie wolniejszej. Może, więc pojawić się trudność z naturalnym prowadzeniem zestawu.

Jak więc wygląda idealne miejsce do takiego łowienia? Będą to miejsca o niezbyt szybkim prądzie i – co najważniejsze - w miarę wyrównanej w pionie szybkości przepływu. Takie wyrównanie powstaje wtedy, gdy powyżej naszego stanowiska są jakieś przeszkody, które łamią i powstrzymują górną, najszybszą warstwę wody. Są to najczęściej rafy, wypłacenia, grupy większych kamieni. Powierzchnia wody poniżej takich przeszkód zwykle jest sfalowana, „połamana”, co skutecznie maskuje pewne nienaturalne poruszenia spływających much.

Branie ryby wyczuwam w lewej ręce, przy kolejnym pociągnięciu. I tu uwaga – nie zacinać wędziskiem! W dziewięciu na dziesięć przypadków skończy się to urwaniem muchy lub rybiego pyska. Zacięcie następuje samoistnie w momencie, gdy dłoń pociąga linkę, a ryba zawraca do dna z muchą w pysku – tak, jak dzieje się to przy łowieniu na streamera. Stąd też dość gruba – jak na jesienne warunki – żyłka; nie schodzę poniżej 0,12.

Łowiąc w ten sposób poruszam się powoli w górę wody, starając się wykonywać rzuty prosto pod prąd. Przy sprzyjającym układzie prądów można czasami rzucać nawet na ok. 12-15 metrów. Ale warto to robić w sytuacji, gdy łowimy w bardzo płytkiej i krystalicznie czystej wodzie. Zwykle nie ma potrzeby tak dalekich rzutów. Zdarza się, że wędrując powoli pod prąd, kątem oka dostrzegam oczko obok, parę metrów ode mnie. Wtedy szybko skracam zestaw i podaję muchy w to miejsce. Staram się poprowadzić przypon jak w klasycznej mokrej – czasem to działa.

Opisana metoda ma kilka plusów, które uczyniły ją jedną z moich ulubionych:

Po pierwsze - pozwala złowić ryby ignorujące suchą muchę podczas wylotu.
Po drugie - wyraźnie selekcjonuje większe ryby spośród żerującego stada.
Po trzecie - pozwala łowić pod prąd, zmniejszając ryzyko spłoszenia ryby.

No i – last but not least – chyba już gdzieś o tym wspominałem, że łowienie na mokrą to jest to, co tygrysy lubią najbardziej!
Inne materiały autora:


Paszko - polskie glajchy


Banachowski - muchy szczupakowe


Reguła - supersuszki


Warda - na małą rzekę


Whillock - po prostu szaleństwo!