Efftex na muchowo...

Autor: Grzegorz Łoszewski | Dodany: 2004-07-08

wyślij znajomemu   wydrukuj stronę





Tegoroczny Efttex, czyli największe europejskie targi wędkarskie zapowiadały się wyjątkowo interesująco. Na miejsce spotkania wybrano Londyn, jakby nie było kolebę współczesnego wędkarstwa, również muchowego. To fakt zobowiązujący i dodający każdej wędkarskiej imprezie prestiżu. Jak więc było?


























Po pierwsze największe na Starym Kontynencie targi zostały zapomniane przez najważniejsze firmy zza oceanu. To smutne, ale dla północnoamerykańskich producentów Europa staje się po prostu peryferią. Trudno na gorąco oceniać ten fakt, po prostu tak jest. Nieobecność na tego typu imprezie takich światowych potentatów (ani bezpośrednia ani przez przedstawicieli) żeby wymienić pierwszych z brzegu Thomasa&Thomasa, Winstona, Scotta dziwi, a nawet przygnębia.

Kolejna refleksja dotyczy braku nowości. W zasadzie w żadnym z segmentów muchowego ekwipunku nie pojawiało się nic takiego, co chociaż na moment dałoby powód do zachwytu. Wszystkie prezentowane nowości to tylko kontynuacje istniejących linii, pomysłów i patentów. Lekkie udoskonalenia, lepszy design – c’est fini, jak mawiają Francuzi. Jedynie na samej dolnej półce, którą reprezentowali producenci i handlowcy z Azji dzieje się sporo. Coraz bardziej wyraźna staje się tendencja udoskonalania najtańszego sprzętu. Odnosi się to przynajmniej do wizualnej strony wyrobów.

I na sam koniec optymistyczna sprawa. Sprzęt muchowy, mimo, że zaledwie stanowił około 20% prezentacji był najbardziej widoczny. Dość wspomnieć o zgłoszeniach do targowych nagród. Na 10 kołowrotków 8 było muchowych, a na 8 wędek 4 to muchóweczki. Mimo wszystko muszkarscy producenci cały czas starają się i szukają nowych tematów, co nie najlepiej świadczy o kondycji całej wędkarskiej branży w Europie.

Teraz o tym, co najciekawsze – czyli nowości.

Zacznę od wędek, bo wypadły najsłabiej i można by po tak lapidarnej uwadze skończyć temat. Brak pomysłów i nowości, po za ewidentnym trendem, wędki do oferty wprowadzają firmy specjalizujące się w innym sprzęcie. Jedyne poważne stoisko zaprezentował tu Hardy, ale ta pozytywna uwaga nie dotyczy sprzętu sygnowanego zacną marką a kupionego produktu Greysa. Oferta tej firmy jest naprawdę coraz ciekawsza i godna uwagi.

Trochę więcej ruchu było w kołowrotkach, bo pojawili się niektórzy producenci europejscy. Stenzl, Benecchi, Marryat, Duck Reel (Ari T Hart) czy wspomniany Hardy pokazali wszystko, co robią plus każdy jakąś nowość na przyszły rok. Można rzec, że oferta bez ekstrawagancji (po za nowymi, „wściekłymi” kolorami) i nowych pomysłów, może po za rzucającym się w oczy, sprzęgłowym kołowrotkiem Marryata (CMR Online Reel). Ale prawdziwą nowością był on w ubiegłym roku, kiedy pojawiał się jeszcze tylko w zapowiedziach.

Podobnie smutno jak wędki wypadły linki. Być może brak 3M spowodował, że ani Cortland ani inni potentaci nic ciekawego w swoich skromnych stoiskach nie pokazali. Ta uwaga nie dotyczy jedynie RIO. Znany zapewne wielu Simon Gawesworth (reprezentant Anglii i przy okazji znany ekspert spey casting) w imieniu Jima Vincenta prezentował oprócz nowych żyłek, również nowy nimfowy sznur – Nymph Line. Mimo integralnego loopa jest on konstrukcyjnym powieleniem znanych rozwiązań, które już przed laty były w ofertach i SA i Cortland. Można tylko mieć nadzieję, że tradycyjnie już RIO przegoni rywali jakością.




































Nieco jaśniejszym punktem była prezentacja nowości w materiałach i narzędziach. Znów niewiele było tu zaskoczeń, ale i tak dało się coś znaleźć. Najciekawsze stoiska mieli – Amerykanie z Umpqua, Andre Fournier – Bidoz (kulki i główki), Stonefly (poręczna i tania suszarka do epoksydów), Marc Petitjean (CDC i narzędzia dystrybuowane przez Marryata), Benecchi (wciąż przykuwające wzrok, „pancerne” imadło które nagrodzono w ubiegłym roku) i brytyjski hurtownik Lureflash(ten przynajmniej wywiesił prawie pełną ofertę ładnie przebranego materiału z czym jak wiemy nieraz miewa kłopoty). Z zapowiedzi najciekawsze wydawały się nowe syntetyki Umpqua’y, które przy imadle prezentował sam Theo Bakelaar. Wydaje się, że tak kiedyś zaczepił w Amerykanach miłość do złotej głowki, tak teraz rozpowszechni znany od kilku lat, ale nadal mało popularny patent na wykonywanie streamerów z silikonowych folii. Pozwalają one budować proste i niesamowicie wiarygodne imitacje, które z pewnością nadają się nie tylko na jeziora i morze.

































Jeśli chodzi o odzież i wszelkiego rodzaju ekwipunkowe dodatki można powiedzieć o całkowitym braku godnych uwagi nowości. W zasadzie wszystko, co jako tako wygląda i wchodzi na rynek jest lepszą lub gorszą kopią produktów Simmsa lub Patagonii, nieobecnych zresztą na targach. Jedyny ciekawy produkt, który wpadł mi w oko to modułowa kamizelka do głębokiego brodzenia sygnowana przez Petitjeana. Fajna, lekka, wykonana z dobrego mesh’a do dowolnego modelowania, w zgodzie z temperamentem i potrzebami wędkarza.

I na koniec pozwolę wyrazić sobie wielki smutek. Naprawdę szkoda, że nie było żadnego stoiska polskich producentów much. Sektor gotowych wyrobów był niesamowicie rozbudowany (producenci od RPA, przez Indie, Bałkany po USA), ale mając w pamięci tegoroczne stoisko Andrzeja Zasadzkiego z warszawskich targów wiem, że w Londynie byłoby prawdziwym hitem.

Po męczącej, targowej wędrówce, by nie poddawać się iluzorycznej presji postępu w wędkarskiej technice przeszedłem się na Pal Mall St. Nie poszedłem jednak do połączonego sklepu Farlowsa i Hardy’ego (sprzedawcy nauczyli się już po polsku podawać koszty zakupów!!!). W bok od tej zacnej ulicy, na końcu niedużego pasażu jest mały warsztat „Reel Shop”. Wystarczy zadzwonić i chwilę poczekać, by wpuszczono nas w świat starego angielskiego muszkarstwa. Nawet leżący tu na regałach i stołach kurz (bałaganik, co się zowie) dodaje wnętrzu specjalnego klimatu. Stuletnie koszyki, jeszcze starsze pordzewiałe pudła na muchy, elementy dawnego osprzętu i w końcu stare klejonki i kołowrotki– romantyczny oddech początków wędkarskiej zabawy. I nawet nie dotykają tu nas ceny (koszyczki na ryby przed renowacją zaczynają się od 300 funtów), bo chodzi o złapanie luzu i dystansu do naszej zabawy. Wędkarstwo muchowe to nie tylko pogoń za mięsem, rekordem i techniczną nowinką, ale przede wszystkim gentelmen fun. Ciekawe gdzie w przyszłym roku, po przejściu kolejnej edycji Efttexu w Warszawie będziemy szukać takiego ukojenia?





Inne materiały autora:


Frąckiewicz - duże mokre


Paszko - made of biots


Banachowski - z kozą na szczupaka


Frąckiewicz - majówkowe haute couture


Banachowski - małe i jeszcze mniejsze streamery