Nimfa z brzegu

Autor: Robert Tracz | Dodany: 2003-05-07

wyślij znajomemu   wydrukuj stronę





W latach siedemdziesiątych, gdy stawiałem swoje pierwsze muszkarskie kroki, dominującymi metodami połowu lipieni była sucha i mokra mucha.
Obfite rójki owadów, od kwietnia do późnej jesieni, niejako wymuszały powierzchniowe żerowanie ryb. Zdecydowana większość muszkarzy podawała imitacje z brzegu.
Na Raduni, Łupanie, Łebie czy Wierzycy, niemal każdy fragment wody można obłowić nie wchodząc do niej. Czyste, nieprzełowione i niewybagrowane pomorskie rzeki, przy znacznie mniejszym niż obecnie zakresie kłusownictwa, sprzyjały utrzymaniu się sporej populacji lipienia. Gatunek ten bytował także w wielu dopływach.
Zapięcie kilkunastu wymiarowych lipieni podczas wędkarskiej wyprawy było niemal normą. Bywało, iż komplet stanowiło pięć ryb powyżej czterdziestu centymetrów – największym sztukom nie wiele brakowało do pół metra długości.

Pierwsze nimfy zacząłem konstruować intuicyjnie, jako że nie miałem dostępu do żadnych wzorów. Badałem treść lipieniowych żołądków i podpatrywałem świat wodnych owadów.
Miałem do dyspozycji skromny zestaw materiałów: nici, wełny i zbierane nad rzekami ptasie pióra. Tułowia nimf malowałem farbami nitro oraz artystycznymi farbami olejnymi. Niezbyt zgrabne, lecz łowne imitacje nosiły swojskie nazwy: Głupi Jaś, Wronie Gniazdo, Kaszubka, Emerytka… Na nimfy łowiłem również z brzegu. Czeski, ni to pływający, ni to tonący sznur, kołowrotek Libella i nieco toporny kij, szklak, nie ułatwiały finezyjnych rzutów i precyzyjnego prowadzenia przynęt. Niemniej przy pewnej wprawie można było tym sprzętem przeczesywać łowisko, stosując tak zwaną długą nimfę. W miejscach zakrzaczonych oraz pod gałęziami drzew, wypuszczałem nimfy z ręki, wydłużając stopniowo linkę.
Mój pierwszy przewodnik po muszkarskiej krainie, nieżyjący już pisarz Yackta Oya przekonywał mnie, że tam gdzie można podać muchę z brzegu, nie powinno się włazić w buciorach do wody. Tej zasadzie staram się być wierny do dziś, szczególnie, gdy łowię w mniejszych ciekach. W epoce neoprenów i powszechnego brodzenia takie „staroświeckie” przekonanie może wywoływać zdziwienie, ale…

Większość rzek, w których łowię ma piaszczyste łożyska z domieszką gliny, iłów oraz osadami mułu na zakolach. Dno tylko fragmentarycznie podbite jest żwirem i kamieniami. Brodzenie, szczególnie w większych grupach np. podczas zawodów, narusza wierzchnie warstwy dna; odsypane przez nurt muldy i rafki. Deformacji ulega również misterny dywan roślinności zanurzonej. Wiosną, naruszenie lub przemieszczenie warstw dna, szczególnie na tarliskach, może doprowadzić do częściowego wypłukania ikry lipieni. Natomiast jesienią należy się liczyć z uszkodzeniem gniazd tarłowych pstrągów potokowych, a na niektórych rzekach także troci.

Po latach, szeroki wybór linek tonących, z tonącymi końcówkami oraz różnorodnych przyponów, pozwolił mi na udoskonalenie stosowanej od dawna metody połowu lipieni z brzegu. Metoda nie jest może odkrywcza - chociaż doszedłem do niej sam – niemniej w określonych warunkach, szczególnie późną jesienią i zimą, jest nie mniej skuteczna niż klasyczna dolna nimfa. Dodatkowym atutem jest satysfakcja z nieingerencji w delikatną i złożoną strukturę rzek i lipieniowych rewirów.






















Stosuję linkę z tonącą, trzymetrową końcówką, a w razie potrzeby – zależy to od głębokości łowiska oraz uciągu wody – dopinam przypony o różnej szybkości tonięcia. Linka powinna w miarę szybko sprowadzić nimfy nad dno. Po wyprostowaniu się linki, podciągam kilkakrotnie zestaw, podrywając nimfy z dna.



























Po wysnuciu z kołowrotka od 0,5 do 1 metra linki powtarzam podciąganie, do czasu aż spenetruję interesujący mnie fragment łowiska.
Czasem prowadzę przynęty tak jak streamera, lub wprawiam szczytówkę w drgania, co „ożywia” nimfy. Brania następują najczęściej w momentach podrywania nimf znad dna.



























Operowanie zestawem ułatwia dłuższe, minimum 3-metrowe, raczej twardsze o szczytowej akcji wędzisko. Preferuję imitacje larw chruścików domkach oraz kiełży, w kilku wielkościach i wariantach kolorystycznych, chociaż w pudełku mam także różne „potworki” i nimfy fantazyjne.

Niezbędnym warunkiem w tej metodzie jest znajomość łowiska i rozpoznanie faktury dna odcinków, na których będziemy łowić. Brak tej wiedzy prowadzi do utraty dużej ilości nimf na zaczepach.
Inne materiały autora:


Sikora – małe i mniejsze suche


Łaniewicz - streamerowo


muchy trociowe Edmunda Antropika


Pieślak - czarne, ale nie do końca...


Frąckiewicz - speyomania