Żal mi...

Autor: Tomek Reguła Lipion | Dodany: 2003-09-17

wyślij znajomemu   wydrukuj stronę

  1  2  następna   




Tekst ten napisałem po ,,muchowym” urlopie......Niestety muchowy był tylko z nazwy... Stan polskich wód pstrągowych jest katastrofalny. Złowienie potoka czy lipka przekraczającego wymiar ochronny choćby o pięć centymetrów graniczy z cudem, a komplet takich ryb to marzenie, za spełnienie, którego każdy muszkarz przysiągłby powstrzymanie się od używania napojów tych... no... bezalkoholowych na pół roku! Nie dziwcie się więc, że po wytłuczeniu się pół tysiąca kilometrów w jedną stronę i kolejnym bezrybnym dniu, dla złagodzenia poczucia krzywdy wziąłem parę piwek z lodówki, siadłem i wylałem na papiery swoje wielkie żałości...
























Kiedy rozmyślam, o muszkarstwie, wspominam moment, kiedy zaczynałem wielką przygodę z tym sportem... Było to za głębokiego komunizmu, urawniłowki, bambusowej gruntówy i ruskiej katuchy...W czasach, kiedy krótko mówiąc o metodzie muchowej mówiło się - ,,ELITARNA” Rzeczywiście schludnie ubrany muszkarz, w kamizelce, ciemnych okularach, fantazyjnym kapeluszu na tle powszechnych gumofilców, nieśmiertelnej kufajki i bereta z antenką wyglądał jak królewski muszkieter wśród motłochu. Nawet spinningiści nie mogli się z nim równać. Niby ubrani podobnie, ale przemykający gdzieś po nabrzeżnych krzakach, skradający się w pokłonie, nie sprawiali wrażenia arystokracji....Nie to, co ON, dumnie stojący w kipieli nurtu, władca płani –MUSZKARZ! Elita pełną gębą! Ale było coś jeszcze, a właściwie przede wszystkim, co powodowało, że muszkarzy określano mianem wędkarskiej elity. Tym czymś była ETYKA! W tamtych czasach muszkarzy było niewielu. Muszkarskie rzemiosło przechodziło z ojca na syna, lub było wynikiem wędkarskiej ewolucji, poszukiwania.

Od robaczka i spławika, przez spinning, aż do najwspanialszej, najbardziej wysublimowanej postaci wędkarstwa, jaką jest łowienie ryb na sztuczną muchę. Siłą rzeczy do muszkarskich szeregów trafiały najwartościowsze osoby, rozkochane bez granic w swojej metodzie, wodach i rybach. Muszkarze byli w pełni świadomi swojej hm... ,,odrębności”... od reszty braci wędkarskiej, ale i świadomi obowiązków, jakie niosło ze sobą bycie ,,elitą wędkarstwa” Muszkarze, jak nikt inny czuli się kontynuatorami w prostej linii chlubnych tradycji przedwojennego jeszcze wędkarstwa polskiego. Spadkobiercami Choynowskiego, Rozwadowskiego, Romaniszyna... To zobowiązywało. Dlatego muszkarze w większości byli ludźmi wysoce etycznymi, kulturalnymi, koleżeńskimi i życzliwymi. Normą było przestrzeganie wymiarów i okresów ochronnych, wielu już wtedy stosowało metodę ,,no kill”. Spotkani nad wodą dzielili się szczęśliwymi muchami i sposobami ich podania.

Niestety, czasy te dawno minęły. Przyglądając się jak z roku na rok przybywa nowych muszkarzy i jak w zastraszającym tempie postępuje degradacja naszych muchowych wód – zastanawiam się często , czy był taki moment, cezura, od kiedy zaczęło być już tylko gorzej? I wydaje mi się, że taką chwilą były Mistrzostwa Świata na Sanie w 1985 roku. Wielki sukces Polaków i wyrok śmierci na sanowe lipienie i pstrągi... Od pamiętnego zwycięstwa polskiej ekipy zaczął się wielki ,,run na muchę”. W tym samym czasie rozpoczął się też tryumfalny pochód ciężkiej nimfy. A że ,,Polak potrafi” szybko ,,zmodernizowano” zestaw z już i tak ciężką dolną nimfą do praktycznie przepływankowego zestawu z trokiem bocznym, gdzie dolna nimfa pełniła wyłącznie rolę ciężarka! Często obłamywano lub przyginano grot haka, żeby się dna nie czepiał.

I zaczęło się... pstrągowe rzeki obległy tłumy przepływankowców z ołowianą kluchą. Wyciągano i trzebiono mieszkańców najgłębszych dołków. Do tej pory banie były naturalnym schroniskiem, matecznikiem, dla największych okazów pstrągów i lipieni tworzących podstawowe stado każdej rzeki. To one gwarantowały odnawialność populacji. Teraz, za sprawą nowej metody, czyszczone były do ostatniego ogona. Ktoś powie, że to wierutne bzdury, że to nie tak, że to chore majaczenia sfrustrowanego moczykija, że tylko sztuczne zarybianie sprawia, że w naszych wodach w ogóle coś jeszcze pływa. Bardzo możliwe, że ma rację, tylko......no właśnie! Tylko, dlaczego mimo corocznych zarybień milionami sztuk narybku, palczaków, czy wręcz wymiarowych sztuk, taki na przykład San nigdy nie wrócił do dawnej świetności???! Powiecie, że to wina kłusoli-robaczarzy. Otóż nie kochani, kłusownictwo na górskich wodach należy do tradycji jeszcze z janosikowych czasów, ale żaden robaczarz nie był tak groźny dla sanowych ryb jak najazd muszkarzy - przepływankowców!
  1  2  następna   


Banachowski - z kozą na szczupaka


Polskie majówki cz. 1


Chruszczewski - mokra forever


Chruszczewski - na mokro


Paszko - zimowe streamerki