Bezkrwawe łowy

Autor: Józef Jeleński | Dodany: 2002-09-17

wyślij znajomemu   wydrukuj stronę

poprzednia  1  2    





Z roku na rok ilość pozyskiwanego naturalnego narybku zwiększała się, szczególnie pstrągów jednorocznych i dwuletnich. Zaprzestanie odłowów przez jeden sezon zaowocowało zwiększeniem ilości pozyskanych trzylatków w sezonie następnym, ale ogólna ilość pozyskanego narybku nie uległa podwojeniu. Ilość ryb trzyletnich i starszych, czyli większych od około 22 cm, jest niska, około jednego pstrąga na 10 do 150m długości potoku. Biorąc pod uwagę fakt, że w tym potoku obowiązuje całkowity zakaz połowów ryb, świadczy to o skutecznej eksterminacji pstrągów połowami nielegalnymi. Większe tarlaki miały szansę na skuteczne tarło, gdy wchodziły do potoku późną jesienią, a ich zwiększająca się z roku na rok obecność przynajmniej częściowo dowodzi skuteczności przedsięwzięcia.

Jako użytkownik rybacki cały czas kombinuję jak by tu przechytrzyć kłusowników, z którymi zasadniczo nie daję sobie rady. Dzikie tarlaki odłowione z potoków kilka lat temu i po trosze corocznie uzupełniane, przebywają w azylu u kooperującego ze mną hodowcy ryb. Dają ikrę do wylęgarni, do uzupełnienia oczyszczonego żwiru tarlisk i do inkubatorów urządzonych w potokach. Rozprowadzony wiosną wylęg odławiam na jesieni i przerzucam do rzeki zanim osiągnie wielkość wzbudzającą pożądanie wioskowych kłusowników. Dla skupienia uwagi wędkarzy wpuszczam do rzeki co tydzień wyrośnięte pstrągi tuż przed końcem tygodnia, by zdążyli je złowić zanim kłusownicy wytrzeźwieją po sobotniej dyskotece.
Oczywiście nigdy nie za dużo, bo większa ilość ryb w rzece, to większa proporcja ryb skłusowanych. W końcu dowiaduję się z różnych źródeł o dużych pstrągach, które padły ofiarą kłusowników czasem tuż za granicą mojego obwodu i uświadamiam sobie, że są to właśnie te zdziczałe pstrągi, których nie udało się przechytrzyć i które tak dobrze dawały sobie radę z przepisanymi prawem przynętami, metodami, terminami itd. Wystarczy kilka dni suszy i kilka ciepłych nocy, by pstrągi, o których marzy muszkarz, padły ofiarą sprytnego spinningisty bez zezwolenia lub wioskowego cwaniaczka z firanką, widelcem lub wędką za 30 złotych. Dwu i trzykilowe potokowce kończą żywot we wrześniu, zamienione na flaszkę lub kilka piw, w drodze na tarło poprzez legalnie i nielegalnie budowane przeszkody: betonowe stopnie i kamienne tamki.

Podsumowując, większość czynności, które jako użytkownik rybacki podejmuję, to unikanie kłusownictwa i zapobieganie jego skutkom. Ponieważ znudziło mi się ganianie po krzakach za wyrostkami z firanką, postanowiłem zaproponować w 2001 roku znanym mi z widzenia kłusownikom układ. Pod warunkiem posiadania karty wędkarskiej, każdy chętny zamieszkały nad rzeką może dostać ode mnie zezwolenie na wędkowanie na sztuczną muszkę, oraz komplet potrzebnego sprzętu muchowego: wędzisko, dwie linki, kołowrotek z zapasową szpulą i wodery do pasa. Równowartość tej darowizny albo spłaca w ratach w wygodnych dla siebie terminach, albo (co częstsze) odpracowuje podczas zarybień, odłowów, zbierania śmieci, czyszczenia tarlisk, sadzenia roślinności nadbrzeżnej itp.
W ciągu dwu lat skorzystało z propozycji ponad trzydzieści osób, większość młodych chłopaków, którzy zanim dostali sprzęt i zezwolenie musieli wyrobić sobie kartę wędkarską. Wśród tych osób jest przynajmniej sześciu byłych skutecznych kłusowników, odławiających uprzednio łącznie około tysiąca pstrągów rocznie. Przeciętnie, jedna objęta programem osoba kosztuje jednorazowo około 450 PLN, co porównując do najtańszego etatu strażnika (1000 PLN miesięcznie) oznacza, że za jeden etat roczny strażnika można wyposażyć 22 kłusowników. A przecież jeden strażnik nie jest w stanie spacyfikować skutecznie dwudziestu kłusowników rocznie...

Większość stałych klientów łowiska odnosi się ze zrozumieniem do programu "wędka dla kłusownika" i tylko niektórzy narzekają, że z ich pieniędzy finansuje się kłusowników. Wtedy odpowiadam, że zawsze tak było, że to w końcu wędkarz funduje kłusownikowi ryby i strażników. Skoro poprzez ufundowanie wędki rezultat będzie lepszy (bo ryby dzikie), trwalszy (bo kłusownik zarejestrowany i z kartą wędkarską) oraz tańszy, to naprawdę nie ma o co kruszyć kopii.
Oczywiście naiwny nie jestem i wiem, że nie od razu świeżo upieczeni muszkarze będą w stu procentach uczciwi. Są i tacy, którzy w następnym dniu po otrzymaniu sprzętu złapani zostali ze spinningiem lub robakiem. Stosujemy wtedy znaną muszkarzom zasadę "catch & release", a czasem za karę trzeba ich wziąć na ryby i nauczyć łowić na muszkę. Potem to już działa jakaś lojalność wędkarska i instynkt współzawodnictwa. Mam wiele najczęściej anonimowych informacji o sukcesach "tych innych" kłusowników i "moim" kłusownikom muszę przypominać, że przecież przestali kłusować nie dlatego, że ich złapano i ukarano, tylko dlatego, że im nie raz dano uczciwą szansę współzawodnictwa w sportowym wędkarstwie.

Powiem szczerze, wielu z nich podczas wspólnej pracy zorientowało się, że wędkarstwo muchowe to coś więcej niż zabawa w policjantów i złodziei. Powiedzieli mi, że nigdy by nie przypuszczali, że pstrąg musi rosnąć minimum pięć lat by był pożądaną zdobyczą wędkarską. Nie wyobrażali sobie, ile trudu trzeba, by zwiększyć przeżywalność ikry na tarliskach. To oni pierwsi zauważyli trocie i łososie w rzece i rozpoznali narybek łososia. Oni też pilnują te pstrągi, które podczas letniej kanikuły wpływają do miejsc, gdzie w dnie rzeki są zimne źródliska i gdzie przedtem padały ofiarą przypadkowych gapiów. Wraz ze mną łowią i przerzucają przez jazy piękne pstrągi i trocie, by mogły odbyć tarło w górze rzeki.
Tak więc dla zapewnienia w przyszłości bezkrwawych łowów pstrągowych konieczne okazało się zastosowanie tu i teraz zasady "catch & release" w stosunku do kłusowników. Kiedyś zwierzałem się Staroście, że moim marzeniem jest, żeby w środku miasta, pod mostem, stało stado łososi w krystalicznie czystej wodzie, a przechodnie podziwiali je tak, jak się ogląda bociany czy czaple, bez chęci ich natychmiastowego zabicia i wykorzystania. Popatrzył na mnie bez słowa tak, jak urzędnik w Województwie, gdy oświadczyłem, że celem mojego gospodarowania pstrągowego jest zaprzestanie zarybiania, po doprowadzeniu do sytuacji, w której wystarcza tarło naturalne. Te spojrzenia pełne zrozumienia dla "naiwnych" ideałów, a jednocześnie wybaczające niezrozumienie rzeczywistości są miarą rozziewu pomiędzy tym co jest, a tym co być powinno.

A ja wiem jedno: zasadę "catch & release" będzie można wdrożyć w moim łowisku dzięki naszym powracającym na łono rodziny wędkarskiej braciom marnotrawnym, kłusownikom. Kiedy większość z nich będzie muszkarzami, to moje odłowy narybku i tarlaków pomiędzy knajpą i kościołem przestaną być potrzebne, a pstrągi same wędrować będą tam, gdzie im się spodoba dzięki przepławkom zbudowanym zgodnie z decyzjami Starosty i Wojewody. I może niektóre z nich będą umierać ze starości, a nie na paszę dla ludzi...
Inne materiały autora:
poprzednia  1  2    


Żaby bez zaklęć


Polakowski – broń na uciekiniera


Mokot - big fly & big game


Reguła - na klenia


muchy trociowe Edmunda Antropika