Haki bezzadziorowe

Autor: Witek Polakowski | Dodany: 2002-11-18

wyślij znajomemu   wydrukuj stronę





Z haczykami bezzadziorowymi zetknąłem się pierwszy raz ładnych parę lat temu. W tym czasie już wszystkie nasze zawody okręgowe i klubowe odbywały się na "żywej rybie", więc obowiązkowo je stosowano. Jednak podczas prywatnego łowienia jeszcze przez długi czas używałem także i tradycyjnych haków. W końcu za licznymi namowami Mundka Antropika postanowiłem spróbować łowić wyłącznie na bezzadziory... Od tego dnia minęło już pięć lat, spostrzeżenia poczynione w tym czasie postaram się pokrótce streścić.

Haczyki bezzadziorowe z trudem zdobywają zwolenników, ponieważ w powszechnej opinii spadają z nich ryby. I to jest koronny argument przeciwników tych haków. Owszem, na początku będą z tym problemy. Spadanie ryb jest jednak spowodowane raczej psychiką łowiącego - myśli sobie - mam haczyk bezzadziorowy, ryba na pewno się zepnie... no i spina się, bo wędkarz popada w panikę i nie kontroluje holu. A haczyki te obnażają niestety wszelkie braki w technice holowania ryb. Nie można sobie pozwolić na żadne "przekładki" czy nawet najdrobniejsze luzy. Istotną rolę odgrywa też wędzisko - sztywna wędka klasy 6-7 i bezzadziory to nie jest najlepsze połączenie... Gdy dojdziemy do wprawy ilość spadających ryb będzie stosunkowo niewielka, wręcz porównywalna z tradycyjnymi hakami. A jak ma spaść to i tak spadnie, zresztą jakby wszystkie ryby miały być wyholowane, gdzie byłyby skoki adrenaliny.

Do niedawna byłem zwolennikiem teorii, że czym cięższa mucha tym więcej ryb spada. Między innymi z tego powodu moje nimfki były stosunkowo lekkie. Jednak ostatnio dość ostro "testowałem" wolframowe główki i całą tę teorię diabli wzięli. Bywały dni, że nie spięła mi się żadna ryba, w pozostałych ilość ta mieściła się w granicach "normy". Owe spadanie ryb można łatwo wykorzystać do uwalniania "maluchów". Wystarczy na moment zluzować sznur, a niewymiarowe rybki szybko się odczepią. Zwolennicy "no kill" w większości wypadków jednym ruchem dłoni mogą odhaczyć wymiarową rybę bez wyciągania jej z wody.

Tu przypomina mi się sytuacja, która miała miejsce w pewien grudniowy dzień. Ryby brały nadzwyczaj dobrze, ale tylko na jedną muchę. I jak to zazwyczaj bywa w takich sytuacjach, muchę tę szybko urwałem, a drugiej takiej w pudełku oczywiście nie było. Przypomniałem sobie jednak, że mam jeszcze torebkę z muchami dla znajomego, a wśród nich tę właśnie łowną. Sęk w tym, że była wykonana na zadziorowym haczyku, a ja nie miałem żadnych szczypiec... Ile czasu i nerwów straciłem potem na wyjmowaniu zgrabiałymi z zimna rękoma tego zadziorowego haka z pysków lipieni, ile było przy tym przekleństw. Tego dnia powiedziałem sobie, że nigdy więcej nie założę nimfy wykonanej na "zadziorach".



















Zdarza mi się za to założyć muchę wykonaną na tradycyjnym haczyku przy połowie pstrągów tęczowych, kiedy łowię na streamera. Ryby te walczą bardzo dynamicznie, no i nie kaleczy się tylu maluchów, co przy innych metodach. Selektywne łowienie dużych ryb i możliwość spotkania z rybą życia sprawiają, że także moje jętki majowe wykonane są w większości na zadziorowych haczykach.
To jednak tylko dwa odstępstwa od reguły, w pozostałych przypadkach można świetnie poradzić sobie łowiąc na bezzadziory.

Od czasu do czasu zdarza mi się odwiedzać łowiska specjalne - stawy bądź jeziora. Stojąca woda i dużo przestrzeni sprawiają, że nawet spore ryby można bez problemów wyholować używając bezzadziorowych haków. Raczej niedostrzeganą zaletą bezzadziorów jest łatwość, z jaką zacina się nimi rybę. Nie trzeba, bowiem pokonać dodatkowego oporu, jaki stwarza zadzior.
Jego brak powoduje także, że dużo łatwiej uwalnia się muchę z "zaczepów".

To wszystko są odczuwalne przez nas korzyści. Jednak wiele więcej na stosowaniu bezzadziorów zyskują ryby. Chyba każdy muszkarz spotkał się z rybami tak pokiereszowanymi, że w ich pysku nie było nawet miejsca na wbicie haka. Na popularnych i często odwiedzanych łowiskach takie ryby bez ust są niemal normą. Jest to efekt przede wszystkim nieumiejętnego holu, ale także zadziorowych haczyków. Żal zwłaszcza małych ryb, które niekiedy nie przeżywają kontaktów z zadziorowymi haczykami. Po bezzadziorach pozostaje jedynie małe zaczerwienienie, ryby dużo szybciej też wracają do pełnej kondycji.

Na koniec trochę o wadach (technicznej natury) bezzadziorowych haczyków.
Przede wszystkich dość uboga oferta - teoretycznie każda firma produkująca haczyki oferuje kilka (kilkanaście) modeli bezzadziorów, ale albo nie są one dostępne, albo ich jakość pozostawia wiele do życzenia. Potrafią pękać "na zaczepach", czubek grota zagina się i tym podobne historie. Jeden z modeli wygląda jak to mawia mój kolega bardzo "smerfnie", ale muchy na nim wykonane ryby omijają z daleka. Brakuje w ofertach bezzadziorowych wersji popularnych modeli czy choćby porządnych kiełżowych bezzadziorów w większym (6,8) rozmiarze. Z całej, więc gamy modeli na palcach jednej ręki można policzyć te, które warte są zauważenia.

Mimo tych kilku niedoskonałości zachęcam wszystkich do wypróbowania haczyków bezzadziorowych, czy to oryginalnych, czy też po prostu z przygiętym zadziorem. Rybom oszczędzimy zbędnych cierpień, a sami będziemy bardziej usatysfakcjonowani wyżej ustawioną poprzeczką...
Inne materiały autora:


Pieślak - czarne, ale nie do końca...


Banachowski - z kozą na szczupaka


Łaniewicz - streamerowo


Paszko - made of biots


Frąckiewicz - speyomania