Słone trocie.

Autor: Artur Wysocki | Dodany: 2005-03-31

wyślij znajomemu   wydrukuj stronę





Szwecja wędkarska przewija się przez opowiadania i artykuły od dobrych paru lat. Nikogo już nie dziwią szwedzkie szczupaki czy pstrągi. Mnie jednak od jakiegoś czasu ciągnęła do Szwecji, możliwość połowu troci w ich naturalnym, bałtyckim środowisku. Nasz duński przyjaciel Cristian przekonywał nas do odwiedzenia wybrzeża w okolicach Ystad. Opowiadania kolegów o połowach na Bornholmie dodatkowo determinację o wyjeździe na słone trociowanie wzmocniło.

Decyzja zapada, jedziemy w marcu, załatwiamy rezerwacje noclegu i promu i szykujemy sprzęt. Niestety marcowa pogoda nas nie rozpieszcza. Niespotykane od lat opady śniegu i niskie temperatury napełniają wędkarskie serca niepokojem. Wieści od ekip łowiących na Bornholmie również nie są optymistyczne, zimna woda nie sprzyja żerowaniu ryb. Decydujemy się przesunąć wyjazd o parę dni. Ostatecznie, w środę 16 marca wieczorem ekipa składająca się z Zbyszka Buśkiewicza, Piotra Tomaszczyka, Henia Tabora i mojej osoby melduje się na promie w Świnoujściu.

Czwartek
Po męczącej morskiej przeprawie (przyp. 17 marca wypada Zbigniewa) lądujemy w Ystad. Mgła, deszcz i roztopy świadczą o ataku wiosny. My jedziemy kilkadziesiąt kilometrów i znajdujemy naszą kwaterę. Starsza Szwedka daje klucze do domu, pyta się czy czegoś nam nie potrzeba, po czym odjeżdża czerwonym golfem w mgłę. Zostajemy sami w domku, z jego pełnym wyposażeniem. Jest nawet podręczny warsztacik, a w nim piła spalinowa. Trochę dziwnie się czujemy obdarowani takim zaufaniem, ale nie ma czasu na sentymenty. Pijemy kawę i na trocie. Na pierwszy ogień wybieramy okolice parku narodowego. O miejscówce dość często piszą w Internecie. Pospiesznie przebieramy się i pędzimy. Kto pierwszy nad Bałtyk! Niestety ściganie szybko się kończy. Nie sposób biec po nabrzeżu stu metrowej szerokości, które składa się z kamieni w wielkościach od głowy kapusty do małego fiata. Marsz do wody przypomina za to balet Jezioro Łabędzie w zwolnionym tempie. Docieramy do wody. Bałtyk jakiego w Polsce nie znamy, krystaliczna czystość i łany morszczynu pokrywające kamieniste dno. Pierwszy entuzjazm ustępuje wraz z napełnianiem się moich neoprenów morską wodą. Po zimie klejenia puściły i trzeba zmienić na zapasowe, niestety nie podkute filcem. Do końca dnia nie spotykamy żadnych oznak występowania ryb.



































Piątek
Zaspaliśmy. Za oknem mgła i deszcz. Śniadanko i w drogę do Kasabergi, też podobno niezłej miejscówki. Okazuje się, że to malutki port rybacki, który wgryza się w strome, klifowe wybrzeże. Na parkingu pakują się wędkarze ze spinningami, czyli nie jest dobrze. Okazuje się, że w wodzie pływa dużo brązowych farfocli, co uniemożliwia ponoć wędkowanie. Tubylcy uciekają to my też! Jedziemy wzdłuż nabrzeża i lądujemy w okolicach następnego małego portu Skinelinge. Zaczyna ostro wiać i sypie mokry śnieg. Do stojącego obok samochodu pakują sprzęt Duńczycy. Kręcą głowami. Trudno, ale my nie będziemy ciągle uciekać, montujemy sprzęt i muchowo – spinningowa ekipa wchodzi do wody. Pierwsze miłe zaskoczenie, dosyć wygodnie chodzi się po dnie wyłożonym płaskim, łupkowym kruszywem. Drugie zaskoczenie jest takie, że w tej śnieżnej zadymce Piotrek zacina i skutecznie holuje 55cm kelta na muchę. Kelt wraca do wody, a my naładowani nadzieją, bierzemy się ostro do pracy. Niestety bez efektów.




































Baskemolla to miejscowość gdzie rozpoczynamy turę popołudniową. Już nie pada i zaczyna się przejaśniać. Dla odmiany biorę spinning, pierwsze rzuty i dwie blachy zostają gdzieś w kępach mocnego jak cholera morszczynu. Trudno trzeba łowić wyżej, głębokość to zazwyczaj do 1,5 m. Nic się nie dzieje, idę ze Zbyszkiem pozwiedzać nabrzeże. Fale robią się naprawdę spore. Mijając któryś tam kamienisty cypelek widzimy dwóch spinningistów. Łowią koło siebie. Siadamy i patrzymy. Po chwili kij jednego wygina się i po parominutowym holu w podbieraku ląduje około 60cm ryba. Szwed odpina ją i delikatnie wypuszcza. Po chwili drugi spinningista holuje rybę, którą ląduje wślizgiem na plaży. Piękny potarłowy samiec troci ok. 3kg wraca do wody, a wędkarz bez śladów szczególnych emocji wraca do łowienia. Niestety braku emocji nie można zauważyć u polskich wędkarzy, którzy biegiem puścili się w wodę. Do wieczora Szwedzi łowią jeszcze jednego kelta i ok. 4 kg srebrniaka, który jako jedyny traci życie. U nas jedyny efekt połowu to znacznie przerzedzone blachy w pudełkach. Jak się okazało Szwedzi łowili na bezsterowe woblery uzbrojone po jednej podwójnej kotwiczce, a głębokość łowiska w tym miejscu wynosiła ok.80cm i było ono łąką falujących kęp morszczynu. Coś się zaczyna dziać, a perspektywa złowienia srebrniaka nakręca nam nastroje.



































Sobota
Mróz i wiatr sprawia, że jeździmy od miejsca do miejsca i szukamy trochę mniejszej fali, zresztą nie my jedni. Wędrujące samochody z postaciami odzianymi w kaptury widać przy zjazdach do nabrzeża. Nie jest to dobry prognostyk. W końcu znajdujemy półwysep, gdzie fale są trochę mniejsze, niestety ryby tego nie doceniają i wracamy na obiad zmarznięci i lekko przygaszeni. Tura popołudniowa bardzo podobna do porannej. Wieczorem gasimy frustracje w napojach przywiezionych z Polski. Chmurka zapowiada na noc –10 stopni C.



































Niedziela
Chmurka się nie pomyliła. Wykorzystujemy to na dłuższy sen, który łagodzi lekki ucisk w skroniach. Dziś na pierwszą turę idzie port w Skinelinge, tam gdzie Piotr złowił jak na razie jedyną rybę wyprawy. Ja biorę muchówkę, łowienie w morzu na muchę jest dla mnie ciekawsze niż spiningowanie, można przynajmniej spokojnie pomachać długim sznurem bez obawy o drzewa lub wysokie trzciny. Schodzę do wody i okazuje się, że zmienił się kierunek wiatru. Efekt - poziom wody opadł o 20-30cm. Miejsca gdzie łowiliśmy w piątek mają teraz kilkanaście centymetrów głębokości, trudno trzeba iść głębiej. Gdy po godzinie cieszę się samym rzucaniem, coś żywego wyrywa mnie z zamyślenia i zaczyna się szarpać na końcu zestawu. Początkowo myślę, że to malutka troćka lub okoń. Okazuje się, że na imitacje bałtyckiej krewetki - garneli - połakomił się kur diabeł. Piotr komentuje to krótko „ los okrutnie z ciebie zadrwił”. No tak, płynąć przez Bałtyk, żeby złowić kur diabła - chłopaki w Słupsku tylko czekają na takie smakołyki. Była to jedyna ryba złowiona w tą niesamowicie słoneczną i mroźną niedzielę. A my w końcu podziwialiśmy olbrzymie stada gęsi bernikli, które pływały w zatoczkach lub skubały tu i ówdzie oziminę.

Poniedziałek
Ruszamy w okolice Ystad. Po pierwsze by poznać ponoć dobre łowiska na zachód od portu, po drugie by odwiedzić sklep wędkarski. Morze jest zupełnie spokojne, na gładkiej tafli nie widać żadnego śladu życia. Tylko kormorany suszą skrzydła na kamieniach. Łowimy bez przekonania, jest jakoś za spokojnie. Jedyne ożywienie wprowadza ornitolog szwedzki, który z teleobiektywem „polował” na zimorodka. Potem jedziemy do sklepu, który różni się od Polskich tym, że wędki stoją przed witryną nie przykute łańcuchem i można sobie przebierać do woli w haczykach, muchach, materiałach i blachach. Przebierając w wędkarskich bajerach widzę przez szybę, że zaczynają powiewać szwedzkie flagi, symbol dumy narodu a dla wędkarzy z Polski niezawodny wskaźnik kierunku i siły wiatru. A jak jest wiatr to trzeba jechać na ryby.

Łowimy na półwyspie na wschód od Skinelinge. Pięć czy sześć domków stłoczonych na wystającej skale. Na najbardziej wysuniętej części ułożono górę gałęzi i pniaków, chyba ze względów bezpieczeństwa, by w razie szczególnie ciężkich warunków na morzu rozpalić ostrzegawczy ogień. Miejscówka chyba dobra, bo wędkarzy sporo. Są nawet muszkarze z Niemiec. Narzekają, że przez parę dni mieli tylko jedną rybę. W zeszłym roku to dopiero było łowienie. Czuję się zupełnie jak w Polsce, gdzie ryby zawsze brały rok, miesiąc lub dzień wcześniej.

Wieczorem zostajemy tylko my i stary Szwed, nic się nie dzieje, nuda. Z odrętwienia wyrywa głos Henia. Ma rybę. Widać, że duża. Szwed podbiega i razem obserwujemy hol. W końcu jest na brzegu, samica troci, długa na 80cm. Jeszcze sypie ikrą. Stary zaczyna coś krzyczeć. Nagle udaje, że wkłada rękę za spodnie i wącha krzycząc „merde”. Rozumiemy ten teatr, Zbyszek wypina rybę, a Heniu delikatnie wypuszcza. Jesteśmy wśród ludzi, którzy nie zabijają keltów, nie zostawiają puszek po piwie i wieszają przed swoimi domami flagę narodową.

Wtorek
Rano, bez śniadania jedziemy do miejscowości Vik. Miejscówka chyba dobra, bo pomimo wczesnej godziny jest już paru wędkarzy. Zajmuję miejsce na skale, która łagodnie opada do wody. Ściągając teraz linkę podziwiam olbrzymie bloki skalne obrośnięte porostami w czystej jak kryształ wodzie. Sprawia ona wrażenie bezrybnej, nie widać nawet malutkiego cierniczka, zupełnie nic. A jednak dostrzegam poruszenie. Jakiś wędkarz na kulę wodną z muchą holuje troć. Po chwili wypuszcza, pewnie trafił kelta. I następne hole, ryby nie są wielkie, ale coś się dzieje. Szkoda, że daleko ode mnie, ale zmieniam muchę na super ubogiego streamera. Przyglądam się chwilę haczykowi, nie wzbudza mojego zaufania, długi trzonek i wąski łuk kolankowy, ale i tak nic z tego pewnie nie będzie. Branie następuje w pierwszym rzucie, po paru bujnięciach ryba spada. Tyle dni i jak już ją miałem to pech! Trudno, jedziemy na obiad. Specjaliści od kuli wodnej mają w sumie dwa wyjęte srebrniaczki, takie po 1,5 kg.















































Po południu jesteśmy tam gdzie Heniu złowił swoją troć. Zaczynają brać, Zbyszek łowi dwa małe srebrniaczki i jednego urywa. Heniu łowi jednego, Piotrek na muchę dostaje kur diabła, a ja nic. Zdarza się.


Środa
Praktycznie ostatni dzień łowienia, zaczynam sobie wszystko porządkować. Czuję, że pomimo słabych efektów zaczyna mi się coraz bardziej podobać morskie muszkarstwo. Skakanie po kamieniach, walka z zalewającymi falami, morska sceneria i delikatny w porównaniu z rzecznym łowieniem troci sprzęt sprawiają, że nawet bezowocne dotychczasowe łowy nie są dla mnie męczące. Jedziemy tam gdzie wczoraj zerwałem. Zajmuję tą samą skałę i łowię na ukręcone wieczorem, na lepszych hakach muchy. Nic się nie dzieje. Po dwóch godzinach wędkarze opuszczają skałę, gdzie wczoraj łowiono na kulę wodną, a ja przechodzę na to miejsce. Zostaję tylko z jednym Szwedem. Zrywa się większy wiatr i fale jakby nieco większe. Kątem oka widzę delikatny spław, po chwili drugi i trzeci, wszystkie są niepozorne. Ryby znajdują się w odległości około 40 – 50 m ode mnie. Koncentruję się na rzutach, skoro rybki zaczynają się kręcić, to część z nich może podpłynie w zasięg rzutu.





































Branie jak to zwykle u troci zaskoczyło mnie. Pozwalam rybce wybierać linkę z mojej miski i robię porządek na kołowrotku. Rybka jest bardzo dzielna, gdy trochę się uspokaja podciągam ją na 10 metrów. Mogę obserwować jej walkę w krystalicznej wodzie, gdy okręca się widzę jej biały jak śnieg brzuch, srebrniaczek. Walczyła o swoje życie ponad 15 minut, widząc mnie na kamieniu ciągle odpływała, w końcu zsunąłem się do wody i podebrałem ją do podbieraka. Wychodzę z wody i już wiem, że warto było przyjechać. Zabijam rybę i kładę między kamieniami. Wracam i zaczynam łowić, może piąty rzut i po zacięciu widzę rybę. Ma ok. 80cm, robi salto nad wodą, a ja znów robię porządek z linką. Troć co chwila uszczęśliwia mnie wyskokami. Po ok. 2-3min delikatnie się spina. Nawet nie jestem zły. Przychodzi Zbyszek, robi zdjęcia rybce i idzie po muchówkę do samochodu. Wchodzę znów na swój kamień i zaczynam rzucać. Znów daleko widać spławy. Trzecie branie już mnie nie zaskoczyło, zaskoczył mnie parometrowy odjazd na ogonie. Numer jak z delfinem na pokazie. Po prawej stronie słyszę głosy, nie oglądam się jednak, koncentracja na holu. Znów kilkanaście minut widowiska i wejście do podbieraka. Słyszę oklaski i okrzyki. To znajomi muszkarze z Niemiec. Podbiegają, robią zdjęcia, gratulują, częstują piersiówką z dobrą whisky. Przyznaję, że to dosyć miłe. Dostają muchę, na którą złowiłem ryby. Na haczyku 8, tułów z Krystal Flash’u, ogonek i delikatna jeżynka z czerwonych piór pokrywowych bażanta złocistego. W ich pudełku z równo poukładanymi kolorowymi muchami wyglądała arcyniepozornie.
Wieczorem jeszcze Heniek złowi i wypuści 3kg samca kelta. Niestety już trzeba się pakować.















































Czwartek
Nie wytrzymujemy i przed promem jedziemy o świcie na ryby. Mgła ogranicza widoczność na 50m. Gdy dochodzimy do miejsca wczorajszych połowów z mgły wyłaniają się postacie naszych niemieckich przyjaciół. Chyba spali na tych kamieniach pilnując miejsc. Rękoma dają znać by być cicho. Ryby chodzą na powierzchni. Schodzimy do wody i dostrzegamy grzbiety ryb. Wszystko w zasięgu rzutu. To powinno być formalnością, trochę zdenerwowany wiąże muchę i .....nic. Przez trzy godziny nic. A piękne trocie pokazywały nam swoje płetwy, dosłownie dziesiątki ryb urządziło nam balet na pożegnanie.
Do zobaczenia za rok, mam nadzieję.
Inne materiały autora:


Białoń - kiełże!


Banachowski - muchy szczupakowe


Paszko - made of biots


Reguła - supersuszki


Sikora - suche chrusty