Raj znaleziony

Autor: Rafał Kamiński | Dodany: 2006-12-11

wyślij znajomemu   wydrukuj stronę

  1  2  następna   




Jak to zwykle bywa, zaczęło się standardowo. Zadzwonił telefon i nim rozmowa się skończyła, decyzja była podjęta. Jako pilny uczeń wiedziałem gdzie Mongolia leży, że stolicą jest Ułan Bator i jest tam największa w Azji pustynia. No i z wcześniejszych rozmów z kolegami, że w tym stepowo, nawet pustynnym i górzystym kraju płyną rzeki. I to rybne.





























































Godziny ślęczenia przed komputerem w poszukiwaniu informacji, jak by tego okienka było mało w pracy. Zadziwiające jak dużo jest stron o Mongolii a jak mało konkretnych informacji. Celem przewodnim wyprawy pozostawał tajmień. Wielkość, siła i pełna egzotyka. Tak przy okazji miały być lenki i lipienie.

Wertuję dziesiątki stron, w większości komercyjnych, zero informacji o muchach, no może poza wszechobecnymi imitacjami małych gryzoni. Gdzieś tam ktoś wspomniał o Woolly Badgger, raczej czarnym. Generalnie dominuje pogląd, że lepszy jest spinning. Nie rezygnuję - lepszy to nie znaczy jedyny. Przecież łowiono te ryby na muchę i to z niezłym skutkiem. Siadam do imadła i zarywam pierwsze noce. Szybko mam ponad setkę różnych, dużych i bardzo dużych much.

Pomyślałem sobie, że warto je sprawdzić „w praniu”. Wyjazd nad Odrę. Rozkładam czternastostopową, dwuręczną muchówkę 9-10, wiąże średnią muszkę. Rzut, mucha tonie wybieram linkę i próbuje wyrwać z wody. Wędka gnie się po rękojeść... A muszka w wodzie. Podejrzewałem coś... Zdesperowany wyciągam drugi kij. Też 9-10 ale zakładam o 30% cięższą, rekomendowaną do niego głowicę. Jest lepiej, ale gra nie będzie łatwa. Trzeba będzie to przeżyć i tyle!

Nie zapominam o reszcie ryb. Prowadzę wywiady, zadaję pytania – eksploruję Internet.
Coraz bardziej „lubię” ogólnikowe teksty, że biorą na wszystko, tylko żeby było duże. W końcu kontaktuję się z kilkoma kolegami, którzy już tam byli. Okazuje się każdy łowił na coś innego. Innego w kształcie i wielkości. Choć mam mglisty obraz, zaczynam kręcić. Klasyczne nimfy już mam, dokręcam odważniki, wszak ma być duże. Jakoś nie do końca przemawiają do mnie nimfeczki kręcone na hakach 2 ale i takie potwory robię. Zbawienna okazała się informacja o domkowych chruścikach, w moim pudełeczku ładnie powpinanych jest kilkanaście egzemplarzy. Kolejna sprawa to „sucharki”. To, co widziałem przyprawia o zawrót głowy. Nie poddaję się i kręcę, nie zraża mnie myśl, że producenci jakoś nie przewidzieli czwórek i dwójek do suchej. W przebłysku chwilowego natchnienia ukręciłem kilkanaście jętek takich sanowych tylko o kilka numerów większych, no i kilka Red Tagów, a co mi tam. A bym nie zapomniał, koniki! Na szybko kilka sztuk. Później okazało się, że świerszcze i cykady to bardzo istotny element diety mongolskich ryb. Z tym, że nie są to koniki a raczej polne konie, idealna wielkość to męski kciuk. Przy rzucaniu robią duże wrażenie. Już na miejscu bawiliśmy się z Rysiem karmiąc 50cm lenoka pasikonikami. Zbierał ślicznie, chwytając owady niemal z ręki. Do dzisiaj żałuję, że nie nagraliśmy go. Zostałby internetową gwiazdą. Przygotowania szybko mijają. Odliczanie, nieustanne konsultacje, przyspieszenie. Gonienie króliczka jest mocno ekscytujące.



























W końcu lecimy. Samolot linii niegdyś bratniego narodu nie wygląda najgorzej. Kilka piw w irlandzkim barku na Szeremietiewie dodaje otuchy. Towarzystwo mieszane, nieco Europejczyków trochę Mongołów. Jak się okazało część z nich była bardzo skłonna do integracji. Już na pokładzie lody nieufności zostały szybko przełamane, w czym pomocny był duch Czyngis-chana, zamknięty przez złych ludzi w butelce. Wypuszczony pokazał na co go stać. I pierwsze odkrycie, azjatyckie narody nie mają wcale słabych głów. No chyba, że trafiliśmy na wytrenowaną w Rosji ekipę...



































Wylądowaliśmy w stepie, tak jak wygląda międzynarodowy port tak i wygląda reszta. Szybko ruszamy z przewodnikiem do centrum. Nie tak sobie wyobrażałem mongolską stolicę. Zadziwiająca mieszanina jurt i drewnianych domko-baraków, od czasu do czasu bloki jak na warszawskim Marymoncie. Dopiero w ścisłym centrum trochę szkła i aluminium. Po drogach jeździ wszystko. Wszędobylskie, ruskie gruzawiki dostojnie mijają terenówki po 200 000 $ każda. Dostrzegamy głęboką mądrość ustawodawcy, który zabrania obcokrajowcom prowadzić pojazdów mechanicznych. Nie wiemy wedle, jakich zasad odbywa się ruch, choć zasadniczo jest prawostronny. Nikomu jednak nie przeszkadzają prawostronne kierownice, wiadomy znak bliskości Japonii.

Myśl o kąpieli staje się coraz bardziej natarczywa. Jesteśmy zlani potem, skwar niemiłosierny, jednak humory dopisują. Robimy zakupy. Na najwyższym piętrze socrealistycznego magazynu cepelia, zostawiamy ją sobie na powrót. Obok ogórków Krakusa kupujemy trzy wózki wszystkiego, co będzie nam potrzebne przez najbliższe trzy tygodnie. Piwa i Żółtego Sputnika kupujemy tylko na kilka najbliższych dni. Tomek uspokaja, że „mocnych” napojów nie zabraknie nawet w stepie. To nadzwyczajny cud logistyczny biorąc pod uwagę, że w tym kilkakrotnie większym od Polski kraju jest może kilkaset kilometrów utwardzonych dróg. Rozglądamy się, chłoniemy obrazy, wszystko jest inne. Wyjeżdżamy z miasta i rozkoszując się pierwszymi wybojami nucimy „Deszcze Niespokojne”. Nasz mongolski przewodnik podejmuje nutę. Jak się okazuje Janek Kos to jego idol. Zadziwiająco gładko wychodzi mu mówienie po polsku, w drugą stronę już nie jest już tak łatwo. Melodia i intonacja miejscowego języka jest dal nas nie do przeskoczenia. Do końca wyprawy nauczyliśmy tylko grzecznie witać. Starsi rozumieją rosyjskie słowa i zwroty, 80lat okupacji zrobiło swoje. Młodzi uczą się języków sąsiadów. Oprócz rosyjskiego popularne są: chiński, koreański i japoński. Telewizja robi swoje docierając pod strzechy, nawet namioty.





































Kilkadziesiąt kilometrów za stolicą kończy się bita droga, ot tak po prostu. Wkoło step bez jednego drzewka. Dziwnie. Tysiące lat pasterskiego życia przeobraziło kraj niesłychanie. Miliony zwierząt wyżerają dosłownie wszystko, do gruntu. Reszty dopełnia ostry klimat.

Pierwszy popas nad jeziorem. Taki jurtowy kemping, mocno międzynarodowe towarzystwo.
Łazienka jednak jak z dobrego hotelu, wcale bym się nie zdziwił gdyby płytki pochodziły z Opoczna. Domki z dykty stylizowane na jurty mają nadproża na wysokości piersi. Każdy miał okazje się o tym przekonać. Rano ładujemy się do „łódek”, moja ma bardziej opływowe kształty. Wiosłujemy we dwóch, jeden po kilku minutach odniósłby kontuzję. Szybko zapominamy o braku elektronicznych gadżetów, echoson i całej reszty. Szczupaki i okonie są chętne do współpracy. Szczere i piękne ryby. Nie zmanierowane żadnymi motor oilami czy denaturacikami. Zagryzają perłę z czarnym grzbietem, której oczywiście zapas szybko się kończy.
Wiadomość o złowieniu takiego okonia pod lodem na Mazurach obiegłaby lotem błyskawicy całą Polskę. Na nas kolejny kilowiec nie robi już wrażenia. Szczupaki mile urozmaicają okoniową monotonię. Na plaży czeka na nas spora gromadka gapiów. Część widać ze stolicy, na weekendowym pikniku. Sprawne oko kolegów wyłapało ze zdjęć Mongołkę w bikini, mamy przecież już XXI wiek.

  1  2  następna   


Reguła - supersuszki


Frąckiewicz - speyomania


Polakowski – broń na uciekiniera


Paszko - made of biots


Kocielski - na kardynała