Raj znaleziony

Autor: Rafał Kamiński | Dodany: 2006-12-11

wyślij znajomemu   wydrukuj stronę

poprzednia  1  2    






Znów w drodze. Jedziemy, jedziemy, później znów jedziemy. W tym kraju blisko to dzień drogi, dwa, trzy to nie daleko...Uczymy się cierpliwości. Już chyba nigdy nie będzie mi się dłużyła droga nad San. Zrozumiałem też, dlaczego nie jeździ się tu po ciemku. Na stepie, bez jakichkolwiek znaków rozpoznawczych jest to niewykonalne. Ale kiedy jest słońce nasz przewodnik wybiera z nadzwyczajną pewnością kolejne z setek rozgałęzień. Drogi biegną we wszystkich kierunkach, fajnie byłoby to zobaczyć z samolotu. Zapytany jak się w tym orientuje mówi, że po słońcu i górach. Proste.

Dojeżdżamy do doliny. Jak z bajki zieloniutko, miłe urozmaicenie po szarości stepu. Środkiem wije się nasza rzeczka. Stoją jurty, pasą się stada, sielanka. Docieramy do obozowiska. Rozbijamy namioty i szykujemy kolację. Kąpiel w wodzie 7st C jest jak się okazuje całkowicie możliwa, nie trzeba być morsem. Przypominam sobie zapach z dzieciństwa – piana z mydła rozpuszczanego w zimnej wodzie. U babci płynął taki strumyczek, kąpaliśmy się w nim z kuzynami - kilka tysięcy kilometrów i ten sam zapach po latach.






























Rano, a w zasadzie w nocy budzi nas przeraźliwe zimno. Jest koło zera, na dodatek wieje. Nakładam na siebie wszystko co mam, koniecznie czapkę uszankę. Mój namiocik z oddzielnym tropikiem daje tyle schronienia, co nic, a śpiwór do „-5” okazuje się być pomyłką.
Wiedzieliśmy, że jedziemy w okolice z klimatem kontynentalnym. Duże amplitudy temperatury między nocą a dniem, ranny szron– te prawdy inaczej prezentują się na papierze inaczej w doświadczeniu. Ranek przynosi jednak ukojenie. Wraz ze słońcem przychodzi ciepło. Szybkie śniadanie i heja na wodę. Rzeka nie za wielka, nie za mała, ot w sam raz. Dzielimy się dwójkami, kucharze zostają w obozie.
Po marszobiegu, jaki mi zafundował Squra, muszę odzipnąć. Woda krystaliczna, bystra i dość czytelna. Umawiamy się, że Tomek czesze na suchara, ja poprawiam na nimfę. Ryby ni jak nie chcą brać na szlagiery. Ubiegłoroczne, monstrualne Goddardy są ignorowane. A przecież miały się rzucać na wszystko. Dopiero nieduży Elk Caddis ratuje sytuację. Ja poprawiam. Ryby są zadziwiająco ubarwione, mieszanka srebra i seledynu. Przeważają lipienie, o przepraszam kardynały. Aby się nie rozpraszać robimy na wędkach znacznik na 48cm. Jak ryba jest koło zasługuje na zdjęcie, jak nie ląduje od razu w wodzie. Zgodnie czeszemy kolejne miejscówki.
Killerem okazuje się domkowy chruścik. Ciekawe, że rybom nie przeszkadzają moje grube jak ołówki chruściki, które są kompletnie różne od kwadratowych w przekroju, nie grubszych od zapałki tutejszych. Branie i nie mam zestawu! A ostrzegali żebym cienko nie łowił. Dochodzimy do potężnego wlewu, jest pewnie na 2,5-3metry głęboki. Zmieniam na suchą, w końcu przydają się Goddardy. Przechodzę całą miejscówkę, zmieniam na nimfy i znów ciągnę. Biorą klocki, którym nie chciało się ruszyć do suszu. Hole są efektowne, wręcz efekciarskie. Przeszywa mnie na samo wspomnienie dreszczyk. Już na spokojniejszej i płytszej wodzie też coś zbiera, ale chruściki są ignorowane. Duma wędkarska cierpi. Zmieniam, zmieniam, aż zakładam "małą" jętkę. Bingo, wyławiam dzieci tych ryb z początku wlewu.
































Następny dzień, dyżur z Rysiem przy garach. Szatański plan, aby coś złowić na szybko. Przy obozie spinam może z dziesięć sztuk, wyciągam dwie. A wczoraj spadła tylko jedna. Ruszam w pobliże jurt, ale tu spotykam Mongołów z wędką! A przecież oni nie łowią i nie jedzą ryb! Pryska kolejny mit.
Robię kilka kilometrów. Rzeka zmienia charakter, nie jest już tak przyjazna jak w górze, zdecydowanie mniej ryb. Pod urwistą skałą widzę wyjście do suchara. To lenek. Wziął i daje nieźle popalić. Ten, kto to mówił, że lenki to nie walczaki, powinien to odwołać. W końcu wracam do obozu, z każdym krokiem zasada no kill jest mi coraz droższa. Dola kucharza nie jest łatwa.

Następnego dnia zwijamy obóz i znów jedziemy naszym gruzawikiem. Ten samochód to cud techniki, początkowo nieufni do radzieckiej myśli technicznej, szybko dostrzegamy jej zalety. Terenowy bus przejechał przez wszystko, co napotkaliśmy na naszej drodze; a były to potoki, rzeczki, kamienisty step. W końcu znów rozkładamy wędki. Piękna pogoda i ryby sprzyjają. Schodząc trafiamy na wielką dziurę w odbiciu skały. Czuć, że mieszkają tam potwory. Kiedyś były tu tajmienie, obecnie już tylko półmetrowe lipasy. Cwaniakują jak te z Sanu. Płynie biała jętka, czego nikt nie przewidział. Grzebię w pudełku, wszystko niepodobne do owada. Suchy Red Tag na 12 nieco ratuje sytuację, dla takich chwil wart żyć. Na jeszcze niższym dołku coś znów atakuje muchę i migiem wybiera sznur. Rozpędza się, gna w stronę Bajkału i niestety spina się. Co to było, nie wiem?

Wieczorem odwiedziny u tubylców. W jurcie wszystko jest pyszne, począwszy od pieczeni z młodego jaka, przez słodki kefir, kończąc na kluskach które w smaku przypominały nasze leniwe pierogi. Kumys lekko trącił acetonem ale udało się wypić spory kubełek. No i deser. Wódka z kobylego mleka jest dość zabawna w smaku, słaba i ciepła.

Następnego dnia znów jedziemy i znów rozbijamy namiot. Nasza droga to 3000 km ze średnią prędkością około 30 na godzinę. Trzeba polubić to. Żółty Sputnik nieco rozbija złe myśli. Niespodzianka, mijamy miasteczko. Jakieś zakupy i idziemy coś zjeść. W koreańskiej knajpie zamiast sosu sojowego podają nam „Smakusia”! Oj mały jest ten świat.

Następną rzekę dostrzegamy w urywającym się przed nami wąwozie. Jakieś 150 metrów pod naszymi stopami żwawy błękit. Zjeżdżamy i parkujemy na obniżeniu brzegów. Do zejścia wciąż jest kilkadziesiąt metrów, gehenna dla dyżurnych. Rzeka jest dużo większa, rwąca, dzika i piękna. Na bankowej miejscówce zero. Po kolei razem i z osobna czeszemy wszystkim co mamy, od woblerów po muchy. Tajemnica braku ryb szybko się wyjaśnia. Na drugim brzegu ślady kilku ognisk. Tajmień potrzebuje kilkunastu lat, żeby dorosnąć do jednego metra. Jeśli tu je wyłowiono następne pojawią się dopiero za dekadę. Wpadamy na grupę Mongołów, którzy wyglądają jak japońscy turyści. Dość sprawnie posługują się spinningami. Padają pierwsze ryby, w nocy na woblery. Największym rozczarowaniem jest hol. Pierwsi szczęśliwcy mówią coś o kilku minutach niezbyt mocnej walki. Tu mała dygresja, tajmienie (tak jak świstaki) są pod całkowitą ochroną, co oznacza że nie wolno ich zabijać. W Mongolii oznacza to tyle, że nie wolno ich zabijać tylko turystom. Objęcie ochroną ryby spowodowało podniesienie cen w restauracjach w stolicy. Zawsze znajdzie się ktoś kto zapłaci za skosztowanie zakazanego owocu. Ludy Wschodu mają na tym punkcie bzika.

Myślę sobie, że jak już spaść to z wysokiego konia. Jedziemy z Tomkiem jakieś 10 kilometrów w górę rzeki. Karkołomne zejście i łowimy. Tylko mucha. Jest ładnie, fantastycznie ładnie. Wchodzę w miejscówkę i pedantycznie ją obławiam. Zamyślony zszedłem w dół, a dalej już nie można. Woda napiera, od brzegu dzieli mnie nurcik, który próbuję przejść...i zabiera mnie. Klasyczna bulka. Lekko mnie przemiela. Na szczęście ocaliłem wędkę, mój śliczny Rossik nieco poobijany, ale co tam. Nic się nie stało. Wyżymam ciuchy, szybko ubieram i walczę dalej. Do domu jest tylko droga w dół. Po kilku chwilach łowienia znów trzeba przejść na drugi brzeg. Tomek przeszedł, ale to prawie 2 metrowy drągal! Próbuję w kilku miejscach, ale szczęście znów mnie opuszcza. Kiedy kolejny raz nurkuję dociera do mnie krzyk radości. Tomek schodzi z ładną rybą. Jak się umie to nie sztuka! Mój zalany aparat nie robi już zdjęć, tylko filmy. Po metrówce zostaje 10 sekund filmu i wspomnienia. Ochłonąwszy po holu i nurkowaniu wracam do wody. Na spokojnej wodzie od dna odrywa się długi jak noga cień...Płynie do muchy i nagle rezygnuje z ataku. Kurde, robi to wrażenie! Tylko, że tej ryby nie powinno tam być, przecież powinna stać na bystrzu. Kolejne rzuty, skupienie. Zaczynam się nieco denerwować. Dostaję silnie łowną muchę dla przywrócenia fartu, przed chwilą wzięła na nią kolejna ryba Tomka. Już niedaleko do obozu. Tomek pokazuje mi z pozoru niepozorne miejsce, w którym rok i dzień wcześniej miał rybę. Obławiam na kolanach z największą precyzją. Z każdym rzutem nadzieja, oczekiwanie i nic! Tomek odczekał. Wchodzi na początek miejscówki, w pierwszym rzucie zapina rybę!!! Zdejmuję czapkę i szczerze mu gratuluje. Nawet aparat się naprawił , robię kilka zdjęć pięknej sztuce. A mnie duch gór, opiekun tajmieni, pokazał język...

Zostaję sam nad wodą. Łowię do nocy, nawet nie zauważam jak wszystko na mnie wysycha. Nieco pokory się przyda. Chłopcy buszowali w obozie mocno uszczuplając zapasy płynów. Rysiu melduje, że w drugim rzucie zapiął rybę, proszę mi nic nie mówić o sprawiedliwości.
Rano biorę się za reperowanie butów, które kawałek po kawałku zaczęły się rozpadać. Tylko dlaczego w środku Azji. Przecież są prawie nowe!



































I znów monotonia, łyse doliny, przełęcze i znów doliny. Jesteśmy coraz wyżej. Z mapy wynika, że zasuwamy gruzawikiem gdzieś 2000 m n.p.m. Dojeżdżamy do większego jak na mongolskie standardy miasta. Jest nawet kilka kilometrów asfaltu i małe lotnisko. Brudno, z niemożebnie brzydką architekturą. I widać pierwsze ogrodzenia. To coś całkiem nowego u tego koczowniczego ludu. Jedziemy na bazar, wygląda całkiem jak nasz, ten sam chiński chłam, tylko twarze inne. Uzupełniamy zapasy, ja kupuję bodajże jedyne w tym kraju wojskowe buty nr 46. Kilka dni brodzenia wytrzymają. W drogę!

Rano budzimy się w całkiem nierealnym świecie, jesteśmy wśród chmur. W koło góry. Temperatura koło zera. Stada jaków wyganiane na pastwiska. My w polarach a w koło bose maluchy. Lokalny biznesmen otwiera przy jurtową stację. Rozliczenie jest proste za wiadro benzyny 10l 800 tugrików. Przed nami ostatni etap.

Koni nie ma. Trzeba je pozbierać, a to nieco potrwa. A po co się speszyć, przecież jutro też jest dzień. Przepływamy rzekę jedną z nielicznych w tym kraju łodzią, za nami w końcu nasze konie. Większość z nas po raz pierwszy siada na końskim grzbiecie, miny takie sobie. Koniki malutkie, dzikie i krnąbrne. Po za tym nie kumają po polsku. Jak się okazało są też inaczej ujeżdżane. Wodze trzyma się w jednej. Uczymy się już w drodze, a droga jest mocna. Ścieżka jak dla kozic, przeprawiamy się przez bagna i kilka mniejszych rzeczek.
W pewnym momencie szerszeń upodobał sobie mojego konia, zwierzak dostaje szału, brr.
Na pierwszy rzut oka to dość bezludne i pozbawione zwierząt miejsce. Tylko od czasu do czasu na horyzoncie zamajaczy jakaś jurta. Tak naprawdę po raz pierwszy jesteśmy całkowicie sami. W koło gęsty modrzewiowy las. Zmęczeni docieramy do rzeki, która niesie dużą, mętną wodę. O brodzeniu nie ma mowy. Łowi się dziwnie. Nurt jest wielki, rozsądek nakazuje łowienie tylko z brzegu i tylko na spinning. To jest właśnie Szyszkid, tajmieniowa legenda. Nie poddajemy się i walczymy. Do obozu wracam wykończony i o kiju. Koledzy na pięknej miejscówce połowili na maksa lipienie i lenoki. Chociaż tyle. Wieczorem ciszę przerywają strzały z Kałasza. To nasi przewodnicy. Dla zabawy strzelają do dzikiej cebuli na drugim brzegu. Jakieś 200 metrów. Bez żadnych lunet, nie daj Boże im podpaść.

Skrobiemy lód z namiotów i czekamy aż słońce nieco osuszy graty, czas wracać. Przed nami prawie pięć dni powrotnej drogi. Okazuje się, że połowa koni gdzieś znikła. Na szczęście po kilku godzinach znajdują się. Wio! Czas powrotu przyspiesza. Docieramy do naszych samochodów, szybka przesiadka, już pierwszego dnia zaliczamy 100 km! Pędzimy. W końcu jest pierwszy asfalt i tętniące życiem miasto. Jedenasta w nocy. Ulice tętnią życiem, gwar i ruch jak w europejskiej metropolii. Nasze miejskie zmysły budzą sztucznie świecące plastikowe palmy. Zatrzymujemy się w czymś co z rozpędu nazwaliśmy hotelem, ale brakuje gwiazdek by odznaczyć to miejsce. Ale jest zabawnie. Kolejny dzień na zakupy i zwiedzanie, potem samolot, kilka godzin i Szeremietiewo. Czekamy na lot do Polski. Wkoło tygiel narodów. Spotykamy Austriaka, który był jednym w pierwszych, którzy założyli camp w Mongolii. Jego ocena jest prosta, wszystko się zmienia i to nie na lepsze. Telewizja pokazuje inny świat, młodzi ciągną do niego. Dziś prawie połowa Mongołów mieszka w stolicy.

Już w Polsce czas na podsumowanie. Chyba każdy z nas przeżył tą wyprawę inaczej, dzieliliśmy trudy i radości, przeżyliśmy wspaniałą przygodę w świecie który odchodzi. Nieuchronnie step zostanie kiedyś pogrodzony płotami, mamy jednak nadzieję że nie nastąpi to zbyt szybko.

poprzednia  1  2    


Wysocki – na zimowego potoka


Whillock - po prostu szaleństwo!


Sikora – małe i mniejsze suche


Pieślak - czarne, ale nie do końca...


Wiosenny swap