• 1
  • 2
  • 3

Zawiesić na końcu wędki więcej…

         Przed II Wojną Światową wędkarze należący do klubów zrzeszonych w Związek Sportowych Towarzystw Wędkarskich (ZSTW), mieli nakreślone żelazne zasady etyki i oparty na tym regulamin połowów. Pod koniec 40. lat XX wieku w łonie kierownictwa resortu rolnictwa rozpoczęto dyskusję nad koniecznością przystosowania wędkarstwa do nowych warunków ustrojowych. ZSTW było oskarżane o „zakorzenione tradycje, elitaryzm panujący w wielu klubach, sprawy majątkowe i szereg innych czynników”, które to treści nie pasowały do obowiązującej idei równości społecznej. Powszechność wędkowania, dostępność do większości wód na terenie całego kraju za niewygórowaną opłatą, to były główne argumenty za powstaniem PZW. Jednak konsekwencją zniesienia elitarności w wędkarstwie był masowy napływ do PZW dużej ilości nowych członków, często bez tzw. "kindersztuby”, co niejednokrotnie owocowało zwykłym kłusownictwem. Masowy dostęp do wędkowania spowodował, że z obfitych zasobów wód zaczęły korzystać powiększające się szeregi wędkarzy. Łowiąc najczęściej bez umiaru, w krótkim czasie znacznie ograniczono rybostan wód śródlądowych. (1)

W poprzednim artykule pisałem, że kilka [kilkanaście] powojennych lat wystarczyło, aby przetrzebić silne stada pstrąga potokowego zastane w Kotlinie Kłodzkiej. (2) Podobnie rzecz się miała na terenie Powiśla i Warmii. Na przykład, w tym czasie stado pstrąga potokowego w Liwie stało się już bardzo nieliczne a Kumiela, w której niegdyś roiło się od pstrągów, była prawie wyrybiona. (3)

       Oczywiście, w szeregach wędkarzy znajdowały się też osoby świadome i prawe, które starały się nadawać dobry ton wędkarstwu. T. Rogalski pisał – „Dla umożliwienia pełnego zaangażowania wędkarzy w sprawie podniesienia pogłowia tych cennych gatunków ryb [pstrąga potokowego i lipienia], postanowiono bardziej usamodzielnić Koła wędkarskie w Kłodzku, Lądku Zdroju, Bardzie i Nowej Rudzie, w basenie Nysy Kłodzkiej oraz w Świeżowie, Gryfowie, Jeleniej Górze, Cieplicach-Zdroju i Kamiennej Górze, w basenach Bobru i Kwisy. Koła te sprawowały dotychczas jedynie formalną opiekę nad rzekami pstrągowymi na swoich terenach… Bezpośredni udział Kół wędkarskich w takiej gospodarce pstrągowej [metodzie wrocławskiej] polegać będzie na stałej pomocy w pozyskiwaniu ikry, zarybianiu małych potoków, ich ochrony, przenoszeniu materiału zarybieniowego do rzek sportowych. Koła będą miały stałą łączność z pracownikami ośrodków zarybieniowych i przydzielonymi do ich regionów strażnikami rybackimi. Powinno to wytworzyć atmosferę współgospodarzenia Kół na swoich wodach, co pozwoli wędkarzom lepiej poznać biologię środowiska wodnego i zasady prowadzenia prawidłowej gospodarki oraz bardziej ich przywiązać do wód, dla których we własnym interesie poświęcą dużo trudu i pracy”. (4) W owym czasie, T. Rogalskiemu udało się skutecznie zmobilizować wędkarzy wrocławskich. Trudno powiedzieć, czy w jakimś stopniu przyczyniła się do tego przywożona z Moraw morelówka?!

Z kolei na Podhalu lokalne Koła PZW uważały, że wobec narastającego postępu cywilizacji i związanych z nią zanieczyszczeniem wód oraz niszczeniem koryta rzecznego przez eksploatację żwiru – jedynym ratunkiem dla ginącej ichtiofauny są cieki płynące przez tereny różnych form ochrony przyrody (parków narodowych i rezerwatów), na których powinno tworzyć się obręby ochronne/mateczniki, będące całkowicie zamkniętymi dla wszelkiego rodzaju połowów, co dałoby pewną gwarancję utrzymania i zachowania minimum pogłowia ryb szlachetnych, stanowiących podstawę dla sportu muchowego. Przy tym, wydawanie przez dyrekcję Pienińskiego Parku Narodowego zezwoleń na połów ryb pod pretekstem naukowym stało się tematem drwin i wytworzyło nieprzyjemną atmosferę, ponieważ wody parkowe były eksploatowane wędkarsko przez tzw. „elitę” [elitarne korzystanie z wód miało miejsce i w innych regionach Polski]. G. K. Łękawski oceniał, że sztuczne zarybianie w obecnej formie jest niedostateczne, wskutek czego rybostan dorzecza Dunajca ulega pogorszeniu z roku na rok. (5)

          To, że generalnie wielu polskich wędkarzy tłumaczy brak wyników zbyt małym, ich zdaniem, zarybianiem wód – zauważył już J. Riss. Pisał – „że sypią się coraz częściej gromy zarówno na działaczy społecznych, jak i na etatowych ichtiologów PZW, a swoista „psychoza zarybieniowa” doszła już tak daleko, że wielu Kołom nie wystarczają środki finansowe przeznaczone przez PZW na zarybianie. Opodatkowują dodatkowo swoich członków, a nawet otrzymują od zakładów pracy dodatkowe fundusze, które bez namysłu wydają wyłącznie na kupno materiału zarybieniowego”. J. Riss uważał, że wielka akcja zarybieniowa w PZW mimo swej popularności i poważnej roli, jaką przyznaje się temu zabiegowi, nie jest jednak dostatecznie podbudowana naukowo i opiera się głównie na przesłankach natury zwyczajowej. Tym bardziej, że nie daje spodziewanych efektów. Jest natomiast następstwem zakorzenionego wśród wędkarzy mniemania, jakoby w naturalnych warunkach proces zapłodnienia nie obejmował całej składanej ikry… Wszystko to powoduje, że coraz częściej rozlegają się trzeźwe głosy fachowców, aby sztuczne zarybianie traktować tylko jako jeden ze środków pomocniczych, zmierzających do podniesienia rybności wód. Wzywają do nawrotu na drogę naturalnego rozrodu i stworzenia mu jak najlepszych warunków. (6)

        Jakimś zepsutym echem powyższego stanowiska jest budowanie sztucznych tarlisk. Działania te są wpisane w szereg poczynań z serii „Człowiek zniszczył, człowiek naprawi”, która to naprawa wprowadza w środowisku kolejne perturbacje, itd., itd. Jeżeli dana rzeka została zabudowana i uregulowana oraz płynie nią coraz to mniej, coraz cieplejszej wody, wówczas istniejące wcześniej tarliska naturalne zanoszone są miałkim rumoszem lub wręcz zamulane. Budowa sztucznych tarlisk to „jak umarłemu kadzidło”. Trzeba by najpierw przywrócić rzekę naturze i ewentualnie poprzez działania rewitalizacyjne (np. usypywanie kamiennych ostróg, itp. deflektorów) przysparzać rybom miejsc naturalnego ich rozrodu.

Według J. Rissa (7) celowymi poczynaniami byłyby:

  • przeznaczenie środków finansowych i rozpoczęcie w już uregulowanych korytach potoków budowy kryjówek dla pstrągów [rewitalizacja];
  • opracowanie najodpowiedniejszego dla bytowania pstrągów sposobu regulacji potoków i spowodowanie, aby opracowany projekt został zatwierdzony przez właściwe ministerstwo, jako obowiązujący dla prowadzących tego typu roboty [wyznaczenie środowiskowych celów priorytetowych, takich jak: rewitalizacja, czy tworzenie kontrolowanych rozlewisk rzecznych (antypowodziowych)];
  • ustalenie limitu znaczków „pstrągowych” dla każdego Okręgu PZW.

Z kolei B. Rynkowski proponował wykorzystać wielki potencjał, inwencję i energię, drzemiące w członkach PZW. Wyobrażał sobie, że:

  • znaczek na krainę pstrąga i lipienia winien być traktowany jako wyróżnienie z obowiązkiem przepracowania w roku społecznie 10 roboczogodzin [czyli limitowanie zezwoleń już wcześniej zaproponowane przez J. Rissa],
  • członkom PZW posiadającym znaczki na krainę pstrąga i lipienia byłby przyznawany status Społecznego Strażnika Rybackiego w celu otoczenia kontrolą rzeki przez cały rok, szczególnie w okresie ochronnym i tarła,
  • osoby uczestniczące w zarybieniu ściśle przestrzegałyby zasad wpuszczania materiału zarybieniowego.

         Chciałbym rozszerzyć ostatni z ww. punktów. Większości wędkarzy wydaje się, iż zarybienie pstrągiem potokowym to zabieg stosunkowo prosty – wystarczy wpuścić do wody wylęg lub narybek, aby za kilka lat łowić dorodne „lorbasy”. Zacznijmy od zasad podstawowych, takich jak wyrównanie temperatury między wodą w rzece a wodą w workach lub zbiorniku transportowym. A więc, konieczne jest wyposażenie ekipy zarybieniowej w termometr. Należy też wyrównać ciśnienie, pomiędzy workiem a otaczającym powietrzem, poprzez powolne otwieranie worków. Szczególnie czułym jest tu wylęg i nie dotrzymanie tych zasad może spowodować, że zarybienie zakończy się totalnym niepowodzeniem. Wybór miejsca wpuszczenia wylęgu oraz rozniesienie narybku po jak najdłuższym odcinku rzeki, także mają kapitalne znaczenie. W całym cyklu dotychczasowych artykułów starałem się przekazać, że zarówno połów ryb jak i zarybianie, to przykłady tzw. biomanipulacji, czyli sztucznej zmiany składu biocenozy. Od ponad 100 lat, kolejnym pokoleniom decydentów wydaje się, że dla zrównoważenia strat środowiskowych w rzekach krainy pstrąga wystarczy wpuścić odpowiednią ilość pstrągów. Niestety, jest to niemożliwe, szczególnie wobec obstrukcyjnego podejścia większości wędkarzy do rejestracji połowów i szerzącego się kłusownictwa. Skutki „mieszania genów” były już sygnalizowane w szeregu wcześniejszych artykułów. Trzeba tylko dodać, że dorybienia mogą przynieść korzyść istniejącej populacji, ale mogą też doprowadzić do jej całkowitego zaniku, tym bardziej, że pstrągi potokowe na różnych odcinkach tej samej rzeki mogą wykazywać odmienność genetyczną. Lepiej więc nie eksperymentować i należy trzymać się sprawdzonych metod i zasad.

Zdaje się, część społeczeństwa ukształtowanego według KRS (czyli konsumpcyjne, roszczeniowe i sygnalizujące), z którego wywodzi się przecież wielu obecnych wędkarzy, może mieć jednak problem, żeby nawiązać  do wzniosłych oczekiwań nakreślonych pół wieku temu.

1. F. Choynowski, Decenium. Na kanwie rozważań starego wędkarza, [w:] Wiadomości Wędkarskie, 5/1960, s. 4, 5.

2. R. Kostecki, ABC dorybień i zarybień – historycznie, strona internetowa namuche.pl.

3. Fr. Chrzanowski, Przewodnik po wodach Pomorza Gdańskiego, Warszawa 1959, s. 46.

4. T. Rogalski, Współpraca Kół w zagospodarowaniu rejonów podgórskich, Wiadomości Wędkarskie, 5, 1967, s. 6.

5. G. K. Łękawski, Łososiowate rozważania, Wiadomości Wędkarskie, 3, 1971, s. 7.

6. J. Riss, Chronić, czy zarybiać, Wiadomości Wędkarskie, 6, 1972, s. 11.

7. Jak wyżej, s. 14.

8. B. Rynkowski, Pomorskim pstrągom na ratunek, Wiadomości Wędkarskie, 4, 1975, s. 16.

 

zdjecie: źródło: interia.pl