• 1
  • 2
  • 3

Żal mi...

 

Tekst ten napisałem po ,,muchowym” urlopie......Niestety muchowy był tylko z nazwy... Stan polskich wód pstrągowych jest katastrofalny. Złowienie potoka czy lipka przekraczającego wymiar ochronny choćby o pięć centymetrów graniczy z cudem, a komplet takich ryb to marzenie, za spełnienie, którego każdy muszkarz przysiągłby powstrzymanie się od używania napojów tych... no... bezalkoholowych na pół roku! Nie dziwcie się więc, że po wytłuczeniu się pół tysiąca kilometrów w jedną stronę i kolejnym bezrybnym dniu, dla złagodzenia poczucia krzywdy wziąłem parę piwek z lodówki, siadłem i wylałem na papiery swoje wielkie żałości...

tr125 03
Kiedy rozmyślam, o muszkarstwie, wspominam moment, kiedy zaczynałem wielką przygodę z tym sportem... Było to za głębokiego komunizmu, urawniłowki, bambusowej gruntówy i ruskiej katuchy...W czasach, kiedy krótko mówiąc o metodzie muchowej mówiło się - ,,ELITARNA” Rzeczywiście schludnie ubrany muszkarz, w kamizelce, ciemnych okularach, fantazyjnym kapeluszu na tle powszechnych gumofilców, nieśmiertelnej kufajki i bereta z antenką wyglądał jak królewski muszkieter wśród motłochu. Nawet spinningiści nie mogli się z nim równać. Niby ubrani podobnie, ale przemykający gdzieś po nabrzeżnych krzakach, skradający się w pokłonie, nie sprawiali wrażenia arystokracji....Nie to, co ON, dumnie stojący w kipieli nurtu, władca płani –MUSZKARZ! Elita pełną gębą! Ale było coś jeszcze, a właściwie przede wszystkim, co powodowało, że muszkarzy określano mianem wędkarskiej elity. Tym czymś była ETYKA! W tamtych czasach muszkarzy było niewielu. Muszkarskie rzemiosło przechodziło z ojca na syna, lub było wynikiem wędkarskiej ewolucji, poszukiwania.

Od robaczka i spławika, przez spinning, aż do najwspanialszej, najbardziej wysublimowanej postaci wędkarstwa, jaką jest łowienie ryb na sztuczną muchę. Siłą rzeczy do muszkarskich szeregów trafiały najwartościowsze osoby, rozkochane bez granic w swojej metodzie, wodach i rybach. Muszkarze byli w pełni świadomi swojej hm... ,,odrębności”... od reszty braci wędkarskiej, ale i świadomi obowiązków, jakie niosło ze sobą bycie ,,elitą wędkarstwa” Muszkarze, jak nikt inny czuli się kontynuatorami w prostej linii chlubnych tradycji przedwojennego jeszcze wędkarstwa polskiego. Spadkobiercami Choynowskiego, Rozwadowskiego, Romaniszyna... To zobowiązywało. Dlatego muszkarze w większości byli ludźmi wysoce etycznymi, kulturalnymi, koleżeńskimi i życzliwymi. Normą było przestrzeganie wymiarów i okresów ochronnych, wielu już wtedy stosowało metodę ,,no kill”. Spotkani nad wodą dzielili się szczęśliwymi muchami i sposobami ich podania.

Niestety, czasy te dawno minęły. Przyglądając się jak z roku na rok przybywa nowych muszkarzy i jak w zastraszającym tempie postępuje degradacja naszych muchowych wód – zastanawiam się często , czy był taki moment, cezura, od kiedy zaczęło być już tylko gorzej? I wydaje mi się, że taką chwilą były Mistrzostwa Świata na Sanie w 1985 roku. Wielki sukces Polaków i wyrok śmierci na sanowe lipienie i pstrągi... Od pamiętnego zwycięstwa polskiej ekipy zaczął się wielki ,,run na muchę”. W tym samym czasie rozpoczął się też tryumfalny pochód ciężkiej nimfy. A że ,,Polak potrafi” szybko ,,zmodernizowano” zestaw z już i tak ciężką dolną nimfą do praktycznie przepływankowego zestawu z trokiem bocznym, gdzie dolna nimfa pełniła wyłącznie rolę ciężarka! Często obłamywano lub przyginano grot haka, żeby się dna nie czepiał.

I zaczęło się... pstrągowe rzeki obległy tłumy przepływankowców z ołowianą kluchą. Wyciągano i trzebiono mieszkańców najgłębszych dołków. Do tej pory banie były naturalnym schroniskiem, matecznikiem, dla największych okazów pstrągów i lipieni tworzących podstawowe stado każdej rzeki. To one gwarantowały odnawialność populacji. Teraz, za sprawą nowej metody, czyszczone były do ostatniego ogona. Ktoś powie, że to wierutne bzdury, że to nie tak, że to chore majaczenia sfrustrowanego moczykija, że tylko sztuczne zarybianie sprawia, że w naszych wodach w ogóle coś jeszcze pływa. Bardzo możliwe, że ma rację, tylko......no właśnie! Tylko, dlaczego mimo corocznych zarybień milionami sztuk narybku, palczaków, czy wręcz wymiarowych sztuk, taki na przykład San nigdy nie wrócił do dawnej świetności???! Powiecie, że to wina kłusoli-robaczarzy. Otóż nie kochani, kłusownictwo na górskich wodach należy do tradycji jeszcze z janosikowych czasów, ale żaden robaczarz nie był tak groźny dla sanowych ryb jak najazd muszkarzy - przepływankowców!

 

Ci, którzy do tej pory nie łowili na muchę ze względu na nieumiejętność posługiwania się muchówką, nieznajomość zwyczajów ryb, teraz mieli problem z głowy. Nie trzeba było żmudnej nauki rzutów, nie trzeba umiejętności wyśledzenia rybich stanowisk, czy właściwego prowadzeni muchy. Wystarczyło każde dłuższe wędzisko, kawałek żyłki zamiast sznura i dwie nimfy, z których dolna tak naprawdę pełniła tylko rolę ciężarka. I już można było w majestacie prawa szabrować pstrągowe rzeki! Doszło do tego, że wielu ,,neofitów” nie umie posługiwać się żadną inną metodą niż dolna nimfa! Powiecie, że tylko jeszcze za pożary w Kanadzie, powódź w Chinach i ciążę pani Malinowskiej nie obwiniam dolnej nimfy! Że całe zło w wędkarstwie zwalam na tę metodę!

tr125 01
Nie, Szanowni Koledzy, to nie metoda jest winna. Znam wielu wspaniałych muszkarzy stosujących tę metodę i przestrzegających jednocześnie zasad ,,no kill”. Ale faktem jest, że to właśnie ta metoda spowodowała ogromne rozpowszechnienie muszkarstwa, spopularyzowanie go. Do muszkarskich szeregów zaczęły napływać całe tabuny osobników, dla których jest to tylko jeszcze jeden sposób na zdobycie rybiego mięsa i to tego najsmaczniejszego! Dlatego żal mi tych lat, kiedy to sztuczna mucha nosiła dumne miano ,,elitarnej”, żal mi czasów, kiedy to muszkarze byli elitą. Żal mi, że sprostaczenie i schamienie jest ceną, jaką musiało zapłacić muszkarstwo za postęp, dynamiczny rozwój i ogromny wzrost liczby łowiących tą najpiękniejszą z wędkarskich metod.

Zresztą problem pauperyzacji dotknął nie tylko muchy. Można by tu przytoczyć przykład wpływu gumek na rozwój spinningu. Oprócz niezaprzeczalnych zalet i dodania wprost nieograniczonych nowych możliwości, miękkie przynęty przyniosły też ze sobą kolejną polską specjalność, metodę tak zwanego ,,agresywnego jiggowania” przy pomocy haka 5/0 z 50-cio gramową główką! Metoda ta znakomicie sprawdza się na zimowiskach sandaczy, czy sumów, a biorą na nią także ryby spokojnego żeru np. leszcze w tarle! I można jej, tak jak dolnej nimfy używać w pełnym majestacie prawa.

Ktoś powie "cóż ,taka jest cena postępu, ewolucji metod, napływu świeżej krwi, nowych ludzi" A ja wcale nie chcę rozwoju metody!!! Nie chcę postępu!!! Chcę jak dwadzieścia lat temu łowić bambusową klejonką i całą płań pod Średnią Wsią mieć tylko dla siebie!!! Nie chcę na zakręcie w Łączkach uważać na głowę, żeby mi inny muszkarz sznurem uszu nie poobcinał!!! Chcę znów móc cały dzień łazić pod Harklową i żywego ducha nie spotkać!!!
Wiem...wiem...mrzonki...cywilizacji nie da się powstrzymać....chyba za dużo tego piwa wypiłem....ale pomarzyć, powspominać fajnie....eeeech, żal mi elitarnej muchy......

o mnie


Ryby łowi odkąd pamięta. Wiosną 1979 roku, od dziadka sprzedającego starocie w przejściu podziemnym obok dworca Wileńskiego, kupił książkę Józefa Jeleńskiego "Wędkarstwo muchowe". I tak wpadł. Latem łowił już pierwsze ryby na muchę i były to klenie. Od tamtej pory nie rozstaje się z muchówką. Ba, od około dziesięciu lat łowi tylko kijami własnej produkcji. To jego kolejna oprócz łowienia pasja. A po za tym lubi całonocne grillowanie. Oczywiście w dobrym towarzystwie i przy dobrym piwie.


Inne artykuły autora

Nasi partnerzy