Żylica, zagęszczenie pstrąga do 300szt na 100m, prawda czy fałsz?
Żylica, zagęszczenie pstraga:
CD dyskusji odnośnie pstrąga hodowlanego, Tutaj podnoszony temat Zylicy i zagęszczenia, czy to możliwe. Maciej Wilka przytacza dane, że nie:
tekst poniżej:
Maciej Wilk:
Pytałem o to miejsce, bo w monitoringu wód 2024 wyszło tam >300 pstrągów/100 m. W praktyce takie wartości są nierealne jako średnie — po prostu nie łowi się tyle pstrągów na typowych odcinkach. Teraz wiemy, skąd to się wzięło: odłów był jesienią, tuż przed tarłem, a stanowisko leży bezpośrednio przed dużą barierą migracyjną. Ryby próbujące wejść na tarliska kumulują się pod progiem, więc lokalnie zagęszczenie „wystrzeliło”.
Dla porządku: średnie zagęszczenie jest istotnie niższe — i to nie „na czuja”, tylko wg wieloletnich danych z monitoringu (2010–2024, ok. 10 000 stanowisk łącznie). Dlatego jak robimy odłowy badawcze na potrzeby operatu dla realnego stanu populacji unikam stanowisk tuż pod barierami; one świetnie „łowią”, ale zafałszowują obraz (kiedyś na Brennicy pod barierą złowiliśmy ~100 kg różnych ryb ).
Realne co widzę nie tylko dla Żylicy, ale dla innych rzek kluczowe jest udrożnienie rzeki przy zachowaniu stanowisk — tak, by migracja między Żylicą a Sołą była naturalna i większa. Przy drożnym korycie ryby same „rozpłyną” się z potoków-mateczników na odcinki główne, bez wywożenia i pustoszenia źródeł. Zbiornik Tresna raczej nie stanie się masowym siedliskiem pstrąga, ale tam „zupa” jest głównie latem i przy powierzchni; pstrągi sobie poradzą, jeśli będą miały ciągłość szlaków i to przez Tresną sobie przepłyną, to dla niech najmniejszy problem.
Pozdr Maciej
a tu pozostałe odłowy z Żylicy:
2018: 15 pstrąg potokowy (Salmo trutta fario); 111 okoń (Perca fluviatilis); 57 strzebla potokowa (Phoxinus phoxinus); 47 kleń (Leuciscus cephalus); 29 ukleja (Alburnus alburnus); 27 Barbus meridionalis; 8 płoć (Rutilus rutilus); 6 jazgarz (Gymnocephalus cernuus); 2 śliz (Barbatula barbatula);
2 jelec (Leuciscus leuciscus); 1 jaź (Leuciscus idus); 1 lin (Tinca tinca).
2021: 86 pstrąg potokowy (Salmo trutta fario); 12 strzebla potokowa (Phoxinus phoxinus); 3 Barbus peloponnesius, Bżanka; 2 kleń (Leuciscus cephalus); 1 okoń (Perca fluviatilis).
2024: 354 pstrąg potokowy (Salmo trutta fario); 152 strzebla potokowa (Phoxinus phoxinus).
Z tym przenoszeniem to bym był ostrożny. Nawet jeśli przyjmiemy nierealne 300 ryb/100 m na całej Żylicy, to wyczyszczenie 10 km da ~30 000 szt. – w praktyce głównie mieszanka jesiennego narybku i niepełnych dwulatków. Realne średnie to 30–50/100 m, więc mówimy o ~3–5 tys. ryb i to kosztem
wybebeszenia Żylicy.
Teraz przemnóż to przez śmiertelność transportu i aklimatyzacji, presję w Sołe, drapieżniki i fakt, że pstrąg ma silną wierność tarliskom (część i tak spróbuje wrócić do dopływów). Z tych kilku tysięcy zostaje promil realnego wkładu w tarło Soły. A taki myk zrobisz raz na 10–15 lat, bo wcześniej nie odbudujesz Żylicy. Wydaje się że prościej nie zarybiać Żylicy, skoro pstrąg się w niej trzyma, najwyżej wpuścić kilkanaście - kilkadziesiąt kg. dla wędkarzy. Pstrągi z Żylicy i tak w części spłyną do Zbiornika, a potem pójdą w górę lub w dół Soły.
Nie kupuję tezy, że „karłowacenie” u pstrąga bierze się z zagęszczenia. To drapieżnik—wrzuć do stada narybku parę dwulatków i zobaczysz, jak szybko zrobi się luźniej. W dopływach karpackich brak masowych 40–60 cm to przede wszystkim warunki: temperatura skacze, przepływy kapryśne, kryjówek mało. Do 50+ cm trzeba ~6 lat dobrej wody; to nie kwestia ilu sąsiadów, tylko warunków środowiskowych.
A teraz Twoja propozycja „kilkaset sztuk co roku”. Policzmy. Weź 500 szt. 2+ — w tej klasie 70–80% to samce, więc załóżmy 25% samic, ~125 szt. Mała samica 2+ daje 150–200 ziaren, więc masz łącznie 18 750–25 000 ikry. Realna przeżywalność ziarno ikry→1+ w tych warunkach to 1–2%, więc wyjdzie 190–500 roczniaków. Innymi słowy: zabrałeś 500, po roku masz tyle co zabrałeś albo mniej, a w Żylicy zrobiłeś dziurę w roczniku 2+.
Jeśli już zabierać Żylicy, to nie przekładać, tylko raz wyłowić ~500 dwulatków, podchować do 40–50 cm i zrobić z nich tarlaki. Wtedy uzyskasz nie 15–20 tys. ikry, tylko rzędu 75–500 tys. ziaren (przy 50–100 samicach o masie 1–2 kg, licząc ok. 1,5–2,5 tys. jaj/kg, czyli ~1,5–5 tys. jaj na samicę). Z tego realnie można mieć ~50–300 tys. wylęgu/narybku i zasilić rzekę główną 3–4 razy. Zdolność do przystąpienia do tarła u takiego pierwszego pokolenia nadal będzie wysoka (nie jak u całkiem dzikich, ale wysoka). Po cyklu produkcyjnym tarlaki wracają do potoku.
To powinno dać efekt, ale populacja, która powstanie, będzie z definicji słabsza genetycznie — ryby pochodzą od małej grupy rodziców, więc są bardziej narażone na wahania środowiskowe i presje niż wtedy, gdyby udrożnić Żylicę i pozwolić rybom naturalnie spływać do główniej rzeki.
Problem z planem na tarlaki jest taki, że wyciągnięcie z 500 odłowionych ryb 50 tarlaków to olbrzymie koszty, których nikt raczej nie będzie chciał pokryć. Żeby to zrobić, trzeba by wyłączyć z produkcji stare, sprawdzone stada tarłowe, zapewnić stawy i w tych stawach podchować dzikie ryby. To są koszty i to duże. Dzikie pstrągi na starcie nie będą chciały jeść, w obcym środowisku będą chorowały, śmiertelność będzie duża; zanim przejdą na paszę, trzeba je karmić kiełżami — na granicy
przetrwania może zaczną jeść kiełże – paszę może zaczną jeść po roku. Tego nikt normalny się nie podejmie.
Ale to tak nie działa, że jak przeniesiesz 500 dzikich ryb do potoku, w którym ich nie ma, to one się tam „pojawiają” i zrobią populację. Przykład z podwórka: dopływem Brennicy jest Chrobaczy — potok znam dobrze, mam nad nim domek. Wody niesie sporo, a pstrąga tam praktycznie nie ma; czasem coś wchodzi z Brennicy, ale tylko na samym dole. Zarybiałem go dwukrotnie. Ryby przezimowały, a potem z czasem znikały. Do tarła się nie utrzymały. Z drugiej strony są potoki, gdzie „na oko” nic nie powinno pływać, a pstrąga jest dużo. Dlaczego? Nie wiem.
I jeszcze jedno: nie patrz na to w kategoriach „marnowania się”. W przyrodzie nic się nie marnuje — osobniki, które „znikają”, są zjadane i spełniają swoją rolę w systemie.
Co do odejścia od systemu hodowli — jak najbardziej się zgadzam, ale to nie jest proste ani jednowymiarowe. Dla ryb najlepiej byłoby je zostawić w spokoju, tylko że nie o to tu chodzi; rozmawiamy dlatego, że chciałbyś aby wędkarze mieli co łowić teraz dodatkowo ewentualnie żeby przyszłe pokolenia też mogły korzystać.
Problemem nie są ryby same w sobie, tylko korzystanie z nich i zapewnienie możliwości korzystania w przyszłości. Cel niby ten sam (chodzi o ludzi), ale w zależności od podejścia będziemy robić to inaczej.
I teraz: jeśli masz pustą wodę, bo coś poszło nie tak, to niestety najprostsze, co można zrobić, to zarybić — z tym że zarybienie powinno być w ostatecznością, a nie jako podstawowy środek. A jeśli już je robić, to tak, by była szansa na realny efekt. Tu o to chodzi.
Jeśli chcemy jednak, aby zostało coś przyszłym pokoleniom, to przede wszystkim należy zadbać o środowisko, bo zarybienia z zasady też są ingerencją w nie — i to wcale nie zbawienną.
Przenoszenie ryb problemu nie rozwiązuje, to nic innego jak zarybienie, tylko trochę inne.
I jeszcze jedno — to nie jest tak, że zarybienia są zawsze „w celu hodowlanym”. Zarybienie nie musi mieć celu hodowlanego.
Cel hodowlany jest wtedy, gdy zarybiasz po to, żeby „pozyskać rybę” — złowić, a potem znów zarybić, bo jej nie ma. To klasyczna hodowla.
Ale zarybienie może mieć cel środowiskowy: zarybiasz po to, żeby odtworzyć populację, która sama się utrzyma, bez dalszego „dosypywania”. Innymi słowy: zarybiasz po to, żeby już nie musieć zarybiać.
Zarybienie w tym wypadku jest tylko środkiem a nie celem. Niestety w Polsce zarybienia są celem. I w tym kontekście masz rację
Operat co do zasady sam sporządzam (tak mówi rozporządzenie) – więc robię to, co w nim świadomie wpisałem, a nie „wbrew sobie”. Tu masz takie ogólne założenia "operatowe", co do gatunków i dlaczego:
Pstrąg: moje obecne zarybienia nie mają już na celu odtworzenia populacji; są inne powody, dla których je ciągle prowadzę i to świadomy wybór. Częściowo powody które podałeś.
Lipień: był tu historycznie (XIX w.), więc to próba restytucji; na razie wychodzi – ryby się trą. Co będzie dalej, zobaczymy; jeśli nie wyjdzie, przestanę zarybiać. Więc znowu świadomy wybór.
Dodatkowo:
Brzana: restytucja po wymarciu w latach 80. Znowu cel wiec środowiskowy. Świnka: zarybienia po dewastacji stanowisk 2013–2014 przez Wody Polski, ale wygaszam, bo jej jest już dużo. Mam zamiar jeszcze spróbować z miętusem, który zniknął z obwodu gdzieś koło 2008 r, ale nie udało mi się zakupić z tego źródła z którego bym chciał go kupić, jak kupię to zarybię.
Mówiąc prościej: nie robię niczego, do czego nie mam przekonania — działam zgodnie z tym, co sam uważam za sensowne. Wydaje mi się, że robię coś fajnego, przynajmniej z mojej perspektywy.
Gdybym miał robić coś tylko po to, żeby spełnić cudze oczekiwania (przepisy) i na tym zarobić, dawno bym to rzucił. Po prostu w tym na taką skalę nie ma pieniędzy, za to użerania jest mnóstwo.
Negocjować „pionierskie działania” z WP w sprawie zarybień? Nie widzę sensu ani powodu. Nawet bym nie chciał. Na gospodarce rybackiej się nie znają, a operat i tak jest mój, jak go przygotowałem tak też go realizuję. Z WP mogę co najwyżej negocjować inne postanowienia wynikające z ustaw i umowy – i to właśnie robię, niestety w sądzie, bo „po dobroci” nie idzie.
Pozdrawiam,
pozdrawiam,
Maciej