• 1
  • 2
  • 3

Ryba z Bałtyku raz w tygodniu wystarczy. Organizm musi mieć czas, by się oczyścić

Katarzyna Włodkowska: Je pan ryby z Bałtyku?

Prof. Jacek Bełdowski: Jeszcze tak.

Jeszcze?

– Na razie nie ma bezpośredniego zagrożenia

A może być?

– Może. Dwa lata temu udało nam się potwierdzić, że substancje pochodzące ze starej broni chemicznej, zatopionej w Bałtyku po drugiej wojnie światowej, przedostają się do ryb. Były to wartości ledwo wykrywalne, nieszkodliwe dla organizmu człowieka, ale były.

Gdzie je znaleziono?

– W mięśniach dorszy. Chodzi o produkt degradacji trucizny Clark 1.

Jak duże było stężenie?

– Rzędu nanogramów na gram. To tak jakby wpuścić kroplę barwnika do basenu.

Ile musiałabym zjeść, żeby mi zaszkodziło?

– Choćby pani przez miesiąc nie jadła niczego innego, niebezpieczeństwo zatrucia nie istnieje. Jednak nie to jest ważne. Stężenie toksycznych substancji w rybach postępuje. Nie wiemy, ile tego będzie za kilka lat. Z tego powodu postulujemy, by monitoring obecności substancji szkodliwych w rybach, prowadzony przez inspekcję weterynaryjną, obejmował również najbardziej toksyczne pochodne amunicji leżącej na dnie Bałtyku. W odpowiedzi słyszymy, że to skomplikowane i drogie.

Drogo, znaczy ile?

– 1000 złotych od jednej ryby.

POPARZENIA DZIECI I RYBAKÓW

Skąd broń chemiczna w Bałtyku?

– Już w 1925 roku 44 państwa, w tym Polska, podpisały umowę, że nie będą więcej używać broni chemicznej. Chodziło o bojowe środki trujące (BST), głównie iperyt siarkowy. Jest silnie toksyczny, parzący. W trakcie pierwszej wojny był masowo używany pod postacią gazu musztardowego.

Rozumiem, że umowy nikt nie dotrzymał.

– Rozpoczęła się druga wojna światowa i większość państw biorących udział w konflikcie na nowo rozpoczęło produkcję tej broni, choć użyli jej tylko Japończycy przeciwko Chińczykom. A jak nastał pokój, trzeba było coś z nią zrobić. Podjęto też decyzję o demilitaryzacji Niemiec, prawie cały materiał wojskowy, w tym broń chemiczną, postanowiono zniszczyć. Utopienie wydawało się najbardziej ekologiczną opcją.

Serio?

– Dziś mamy technologie umożliwiające utylizację, wtedy jedyne, co robiono z bronią chemiczną, to zakopywano. Albo wypalano na świeżym powietrzu. Tak zrobili Belgowie w drugiej połowie lat 20. na oddalonych od zabudowań terenach wojskowych. Niedawno te miejsca sprawdzono. Ziemia się zeszkliła, wokół roi się od gołych placów, nic tam nie rośnie. Bo wiatr niósł te substancje dalej. Po drugiej wojnie wybrano morza i oceany z przekonania, że materiał, składowany w pojemnikach czy bombach, osiądzie na dnie, przykryje się mułem i nikt już więcej o nim nie usłyszy.

Ale tak się nie stało.

– Niestety. Niemieckie bomby lotnicze, miny oraz pociski i pojemniki z iperytem rozdzielono między Francję, Wielką Brytanię, USA i Związek Radziecki. Amerykanie swoją część zatopili na Atlantyku, w rejonie Zatoki Biskajskiej, na głębokości 2,5 kilometra. Co się stało z częścią francuską, nie wie nikt, nawet Francuzi. Niedawno pytali mnie, czy może ja mam jakieś podejrzenie.

I ma pan?

– Najmniejszego. Pod koniec wojny panował chaos, wiele dokumentów zostało zniszczonych. To mogło trafić wszędzie – do Oceanu Atlantyckiego, Spokojnego, do Zatoki Biskajskiej, Bałtyku. Albo Morza Północnego, Białego, Ochockiego, Karskiego, Barentsa czy Japońskiego. Wszędzie tam masowo topiono amunicję chemiczną.

A co Brytyjczycy zrobili ze swoją częścią?

– Przeprowadzili operację „Davy Jones Locker”, nawiązując w ten sposób do legendy o morskim potworze. Załadowali materiały na stare statki handlowe i zatopili je (najpierw w tym celu częściowo wysadzając) na Skagerraku – obszarze przejściowym między Bałtykiem a Morzem Północnym.

Ile tego było?

– Jakieś 150-175 tysięcy ton na głębokości 300 i 600 metrów. 64 wraki leżą tam do dziś. Szwedzi i Norwegowie trochę się tym martwią, na sonarach widać bomby nie tylko w miejscach zatopienia statków, ale i dookoła. Kiedy dwa lata temu pobraliśmy stamtąd śluzice, ryby żyjące przy dnie, 80 procent próbek miało akumulację BST w tkankach.

Rosjanom przypadł Bałtyk?

– Początkowo planowali wariant angielski, czyli zatapianie całych statków, ale nie mieli tylu jednostek nadających się do zniszczenia. Zdecydowali, że wrzucą luzem. Wybrali Głębię Gotlandzką, pośrodku Bałtyku Właściwego, w najszerszej części morza, gdzie znajduje się pokryta mułem równina o głębokości 100-250 metrów. Po zatopieniu około 2 tysięcy ton amunicji zrezygnowali z tego pomysłu.

Co się stało?

– Za wolno szło. Amunicję składowano w porcie Wolgast na wyspie Uznam. Do Głębi Gotlandzkiej to 200 mil morskich, jakieś 400 kilometrów. Poza tym pojawiły się pogłoski, że załoga, by proces przyspieszyć, topi broń w trakcie rejsu.

Wyrzucali za burtę?

– Kilka osób się poparzyło, zorientowali się, co przewożą, i postanowili pozbyć się ładunku jak najszybciej. Jest to potwierdzone – na trasach konwojów znaleziono bomby, beczki z iperytem, pociski. Zdecydowano, że lepiej będzie kontynuować zatapianie gdzieś bliżej. Padło na Głębię Bornholmską.

Ile tam poszło?

– Ponad 35 tysięcy ton. Plan był taki, że zatopią broń na niewielkim obszarze, w promieniu 2 mil. A rozsiali iperyt na przestrzeni przeszło 85 tysięcy hektarów.

Kiedy cała operacja się zakończyła?

– W 1947 roku. Wkrótce iperyt zaczął dryfować.

Jak to?

– Czasem był wrzucany do wody w drewnianych skrzyniach lub beczkach, przez co wolno szedł na dno. Wyrzucenia na brzeg zaczęły się już z początkiem lat 50. – u wybrzeży Bornholmu, Szwecji i na polskim Wybrzeżu. Ale o tym milczano.

Żeby?

– Żeby nie antagonizować państw wchodzących w skład Układu Warszawskiego i późniejszego NATO. I zataić, że sporadyczne zrzuty BST są kontynuowane: na wodach radzieckich, prawdopodobnie w szwedzkiej strefie ekonomicznej, czyli na północ od wyspy Gotland, oraz na wodach niemieckich graniczących z duńskimi. Flota NRD zatopiła wówczas materiał chemiczny znaleziony kilka lat po wojnie.

Na polskiej części Bałtyku też kontynuowano?

– W 1954 roku miała miejsce tajemnicza akcja. Oficjalnie na Głębi Gdańskiej, 13 mil od Helu, Niemcy zrzucili amunicję konwencjonalną – naboje, rakiety, miny. Tylko że krótko po zakończeniu tej akcji w Jastarni wyrzuciło na brzeg bombę z iperytem, identyczną z tą, którą Niemcy dysponowali w trakcie wojny – KC250. Niedługo po tym kolejną wytrałował rybak.

Niemcom asystowała Polska Marynarka Wojenna. Z czasem w środowisku zaczęto opowiadać, że zatapianie odbywało się w ochronnej odzieży przeciwchemicznej. Opisał to w swojej książce Tadeusz Kasperek z Akademii Marynarki Wojennej. Do dziś nie ma urzędowego potwierdzenia, że zrzucono tam broń chemiczną, a ewidentnie miało to miejsce.

Ile razy w polskiej strefie Bałtyku ludzie natknęli się na iperyt?

– 23 razy, głównie w latach 50. i 70. Ostatni wypadek miał miejsce w styczniu 1997 roku, kiedy poparzeniu uległa ośmioosobowa załoga kutra WŁA-206. Złowili tego dnia około 30 kilogramów ryb oraz blisko 6 kilo substancji kolorem i wyglądem przypominającej bryłę bursztynu. Po powrocie do portu we Władysławowie wyrzucili ją na śmietnik, dzień później obudzili się z poparzeniami rąk i twarzy. Ale wśród rybaków duńskich wyłowienia zdarzają się corocznie.

Najgroźniejszy polski wypadek?

– Darłówek, lipiec 1955. Morze wyrzuciło na plażę beczkę. Bawiące się tam dzieci zaczęły ją turlać. Pech chciał, że było ich sporo, bo aż 120 – kolonia z Żywca. W środku pojemnika był iperyt lub niewiele mniej toksyczny olej arsenowy, komponent broni chemicznej. Dzieci uległy poparzeniu, w tym dziewięcioro ciężko, bodajże dwoje straciło wzrok.

Zostało to nagłośnione?

– Choć dzieci trafiły do wszystkich okolicznych szpitali, a wojsko przeorało i posypało wapnem całą plażę, o wypadku poinformowała tylko lokalna gazeta w króciutkiej notce. Później, jeśli pojawiały się artykuły, to niewielkie i wyłącznie w prasie naukowej. Przez lata nie dawano pieniędzy ani zgody na badanie rejonów zrzutu.

Ja pierwszy raz usłyszałem o Darłówku na studiach, w połowie lat 90. Opowiedział nam o tym na zajęciach z podstaw ochrony środowiska profesor Krzysztof Korzeniewski, który brał udział w akcji oczyszczania terenu. Ta opowieść zapoczątkowała moje zainteresowanie bronią chemiczną. I zaczęło mnie irytować, że nic się z tym nie robi, niewiele mówi.

Kolejny wypadek?

– Darłówek to był ostatni raz, kiedy iperyt wyrzuciło na brzeg. Odtąd miały miejsce tylko poparzenia u wyławiających bryły iperytu rybaków – z Kołobrzegu, Darłowa, Ustki i Władysławowa. Albo na Islandii, gdzie Polacy przerabiali w przetwórni rybę złowioną w Bałtyku. Iperyt jest silnie żrący, potrafi przepalić grube gumowe rękawice.

W jaki sposób mógł poparzyć pracowników przetwórni?

– Bryła iperytu przy wyciąganiu czasami się kruszy. Wystarczy, że niewielkie grudki wielkości ziarna grochu wpadną między złowione ryby. Tyle wystarczy, żeby skazić dłonie.

Co sprawiło, że morze przestało wyrzucać pojemniki?

– Przykleiły się do mułu. Przez lata uważano, że to żaden problem, bo iperyt słabo się rozpuszcza. Nie jest to cała prawda.

BYLIŚMY W BŁĘDZIE

– Temat podjęto na początku lat 90. Komisja Helsińska powołała grupę, której zadaniem było oszacowanie zagrożenia. Zebrano dokumenty od państw bałtyckich, ustalono miejsca zatopień, przeprowadzono kwerendy wśród rybaków. W 1995 roku prace zakończył raport stwierdzający, że niebezpieczeństwa skażeniem nie ma. Ale iperyt wciąż był wyławiany. W 2004 roku ruszył pierwszy, czteroletni międzynarodowy projekt unijny. Ekspedycja naukowców popłynęła na Głębię Bornholmską, tam gdzie amunicję zrzucili Rosjanie. Szukali tiodiglikolu. Nie znaleźli i też uznali, że zagrożenia nie ma.

Co to jest tiodiglikol?

– Związek siarkoorganiczny używany przy barwieniu tekstyliów. W tym czasie uważano, że iperyt w wodzie ulega hydrolizie i zamienia się w tiodiglikol, bezbarwną, nieszkodliwą ciecz.

Ale?

– Było to błędne założenie. Dlatego tiodiglikolu w rejonie Bornholmu nie znaleziono.

Powód poznaliśmy, kiedy w 2011 roku – jako Polska Akademia Nauk – zostaliśmy liderem grupy badawczej ChemSea. Duży projekt, prowadzony w tym samym czasie co unijny, 11 instytucji z Polski, Litwy, Finlandii, Niemiec i Szwecji. Jednym z partnerów była warszawska Wojskowa Akademia Techniczna. Okazało się, że WAT-owcy już w 2001 roku opublikowali w „Journal of Chromatography” wyniki badań bryły iperytu wyłowionej w 1997 roku niedaleko Władysławowa. I wyszło im, że w jej skład wchodzi 50 różnych związków chemicznych. Żaden nie nazywa się tiodiglikol.

Nikt o tym nie wiedział?

– Wiedział rządowy Komitet Badań Naukowych, sponsor projektu, ale osoby odpowiedzialne za research w ramach badań unijnych, prowadzonych od 2004 roku, przegapiły publikację WAT-owców. My tę lekcję odrobiliśmy, wypłynęliśmy na tereny zrzutów i zaczęliśmy szukać czegokolwiek z tej pięćdziesiątki.

Gdzie?

– Najpierw na Głębi Gotlandzkiej. Wytypowaliśmy 13 tysięcy obiektów, które mogą być bronią chemiczną. Ostatecznie do badań trafiło 200.

Wytypowaliście?

– To leży mocno zagłębione w mule. Coś wystaje, trzeba zweryfikować. Może być zwykły pocisk. Samo skanowanie sonarami dna morskiego zajęło nam dwieście dni, następnie przez pół roku odsiewaliśmy namierzone obiekty. Tam jest zbyt głęboko dla nurków, wykorzystujemy do tego roboty.

Już wtedy, a było to dziewięć lat temu, produkty degradacji iperytu znaleźliśmy na 40 procentach obiektów. Osiem różnych chemikaliów, część bardziej niebezpieczna niż sam iperyt. Potrafią uszkodzić DNA człowieka. Stamtąd popłynęliśmy na Głębię Bornholmską.

Gdzie Rosjanie zrzucili ponad 35 tysięcy ton.

– Najwięcej na Bałtyku. Ważny teren, bo to na Głębi Bornholmskiej samice dorsza składają największą ilość ikry. Tam w osadach dennych, czyli w mule, pełno było toksyn pochodzących z rozpadu iperytu i innych BST. Zawierało je aż 80 procent pobranych próbek. Wykazaliśmy też, że wydostają się z pojemników. Do tej pory panowało przekonanie, że mogą się one przemieścić tylko na półtora metra od obiektu. My znajdowaliśmy iperyt nawet 25 metrów dalej. Obaliliśmy tym samym kolejny mit. Od lat przekonywano, że iperyt bardzo słabo się rozpuszcza, lecz produkty jego degradacji już nie.

Ryby zbadaliście?

– Dorsze, głównie pod kątem chorób. Wyniki pozwalały bić na alarm: uszkodzenia genetyczne, zaburzenia enzymatyczne, w tkankach. Wszystko wysoko. W żadnym innym miejscu dorsze nie były bardziej chore.

Kto łowi na Głębi Bornholmskiej?

– Widziałem kutry polskie, łotewskie, duńskie i szwedzkie.

Polską część Bałtyku też zbadaliście?

– Związki trujące, czyli produkty degradacji, znaleźliśmy w osadach przy porcie w Gdyni-Oksywiu oraz niedaleko Juraty. Na wysokości pałacyku prezydenckiego, kilka kilometrów od brzegu. I na Głębi Gdańskiej, co jednoznacznie dowodzi, że w 1954 roku Niemcy zatopili tam broń chemiczną.

PŁASTUGI Z GUZAMI WĄTROBY

– Po tych ustaleniach Komisja Helsińska zrozumiała, że ich raport z 1995 roku to głównie teoria i stare dokumenty. W tym czasie, w latach 1998-2008, swoje rejsy przeprowadzili Rosjanie. Byli na Głębi Bornholmskiej i Skagerraku. Wyszło im podwyższone stężenie arsenu i jego pochodnych, co trochę wszystkich zmroziło. Chemikalia z tej grupy łatwo reagują z wodą, nawet ich niewielkie dawki mogą powodować zmiany genetyczne u ryb i innych organizmów morskich. Żywność pozyskiwana z okolic silnie zanieczyszczonych arsenem powinna być wyeliminowana z obrotu. Szczególnie że Rosjanie raportowali stężenia ponaddwukrotnie wyższe niż w rejonach zanieczyszczonych przemysłowo.

Kto wziął udział w pracach nad nowych raportem?

– Wszystkie kraje bałtyckie, choć Dania uaktywniła się na końcu i zaczęła nalegać, by każdy najdrobniejszy przypadek był solidnie udokumentowany. Potem sprzeciwili się zapisowi, że Głębia Bornholmska skrywa największą część broni zrzuconej do Bałtyku. Walczyli o każde zdanie, gdzie było napisane „zanieczyszczenia powodują zagrożenie”. Zamieniali je na „mogą powodować zagrożenie”. Na każdym kroku starali się dowieść, że ryzyko jest dużo mniejsze.

A powodują czy mogą powodować?

– Teraz wiemy, że powodują, choć Duńczycy zdania nie zmienili. Przekonują, że to się rozłoży. Ostatecznie wniosek Niemiec, Litwy oraz Polski, by broń chemiczną wyciągnąć, zastąpiono konkluzją, że może to być jedna z opcji. Publikacja raportu nastąpiła w 2013 roku. Szwecja nie była entuzjastyczna wobec wyciągania, ale nie sprzeciwiła się, Rosja – sceptyczna, Dania bardzo tego nie chciała.

O co Danii chodziło?

– Chyba obawiali się, że społeczeństwo spanikuje. Gdy rozmawiam ze zwykłymi Duńczykami, nie mają wiedzy, że na dnie Głębi Bornholmskiej leży broń chemiczna. Są zdziwieni, że coś takiego w ogóle istnieje.

Panikę w mediach przećwiczyli Niemcy. W lutym 2019 roku do Bremerhaven, na konferencję podsumowującą kolejne badania, zaproszono dziennikarzy. Gdy usłyszeli, że niemiecki Instytut Ekologii Rybołówstwa przyjrzał się bliżej płastugom żyjącym na dnie Zatoki Kilońskiej i odkrył guzy wątroby w 25 procentach próbek, w mediach rozpętała się burza. Rząd federalny nie mógł dłużej ignorować problemu. Powołano grupy naukowe, znalazły się pieniądze na programy badawcze, rozpoczęto inwentaryzację dna morskiego. Istniała w Niemczech wcześniej grupa ds. zagrożeń spowodowanych zatopioną amunicją, ale operowała tylko na poziomie landu Szlezwik-Holsztyn. Po tamtej konferencji zaczęła działać na szczeblu federalnym. Według ich raportu, corocznie uaktualnianego, w wodach niemieckich, na Bałtyku i Morzu Północnym, znajduje się 1,8 miliona ton amunicji. To pokazuje skalę problemu.

Polski rząd rok temu powołał specjalny zespół, w skład którego weszli przedstawiciele niemal wszystkich ministerstw. Tylko trudno ocenić, czym się zajmuje. Prace miały ruszyć w styczniu, nie słychać o żadnej ich aktywności.

Jakie wnioski mieli niemieccy naukowcy?

– Testy laboratoryjne wykazały, że rozpuszczony w wodzie trotyl uszkadza DNA ryb. Poza tym amunicja – konwencjonalna i chemiczna – stwarza zagrożenie dla transportu morskiego, budowy turbin wiatrowych czy układania podmorskich kabli. Wybuchy są realnym zagrożeniem. Oczyszczeniem dna morskiego powinni być zainteresowani wszyscy. Dowodem rok 2010, gdy podczas budowy rurociągu Nordstream na planowanej trasie znaleziono sześć sztuk amunicji chemicznej. By ominąć ten rejon, rurociąg wydłużono o 200 kilometrów.

Wróćmy do raportu Komisji Helsińskiej z 2013 roku. Coś się po nim stało?

– Jednym z głównych wniosków było, żeby kontynuować prace i ulepszać wiedzę o amunicji znajdującej się w Bałtyku, i…

Czyli nic.

– Gdyby to ode mnie zależało, wyciągałbym przynajmniej najniebezpieczniejsze pojemniki z iperytem. Tylko nikt nie chce kosztów i odpowiedzialności. W 2013 roku Komisja Helsińska powołała nową grupę badawczą. Piszą raport, coś skończyć nie mogą. A raczej nie możemy, bo jestem współprzewodniczącym tej grupy.

W czym problem?

– Tekst jest gotowy, ale musi zostać zrecenzowany i zaaprobowany przez każdego naukowca, który brał udział w pracach.

Napisaliście, że broń należy wyciągnąć?

– Raport jest dokumentem technicznym, naukowym. O charakterze wewnętrznym, nie publicznym. Rekomendacje to nie nasza rola. Na podstawie naszych wniosków można planować konkretne działania. Trzeba tylko chcieć.

Ale ile tych raportów można pisać?

– Jesteśmy w procesie. Pod koniec kwietnia Parlament Europejski przyjął rezolucję dotyczącą większego zaangażowania Unii w problem oczyszczania Bałtyku oraz rozwiązań technologicznych pozwalających na wydobycie broni. To też krok w dobrym kierunku. Pytanie, co z tym zrobią politycy.

ŚLEDŹ, ŁOSOŚ I DIOKSYNY

W 2014 roku, czyli rok po ostatnim raporcie Komisji Helsińskiej, szwedzka Agencja ds. Żywności ogłosiła, że kobiety planujące ciążę powinny ograniczyć spożywanie śledzia i łososia z Morza Bałtyckiego. Wskazane roczne spożycie to dwie, trzy ryby w roku.

– To jeszcze inny problem, chodzi o spożywanie razem z rybami szkodliwych substancji takich jak dioksyny, rtęć czy polichlorowane bifenyle. Mamy je w wodzie, bo do roku 1975, kiedy podpisano konwencję londyńską o zakazie zanieczyszczania obszarów morskich, Bałtyk traktowany był jak śmietnik. Wrzucaliśmy do niego (a także do spływających do morza Wisły i Odry), co się dało: odpady przemysłowe, budowlane, domowe, oleje do silników, odchody zwierząt. Na to nałożyły się chemiczne nawozy stosowane w rolnictwie oraz środki ochrony roślin przedostające się do Bałtyku przez gleby i wody podziemne. Ryby w Bałtyku mają też w sobie dużo rtęci i metali, będących wynikiem spalania węglem i wielu lat istnienia przemysłu ciężkiego.

To jak często można jeść te ryby z Bałtyku?

– Raz w tygodniu wystarczy. Organizm musi mieć czas, by się z tego oczyścić.

Raport Najwyższej Izby Kontroli, maj 2020: „Zatopione na dnie Bałtyku wraki i broń chemiczna mogą doprowadzić do katastrofy ekologicznej”.

– Tak może się stać. Natomiast prawdopodobieństwo jest nieznane. Nie mamy wszystkich danych.

Nie można ich zebrać?

– To nie jest takie proste. Od lat kłócimy się o korozję amunicji i pojemników. Jedni naukowcy twierdzą, że wszystko po pewnym czasie skoroduje i jeśli będzie wolną strużką przenikać do wody, nic nam nie grozi. Inni podkreślają, że Bałtyk nie jest jednorodny i proces ten nigdy nie będzie wszędzie przebiegał tak samo.

A pan jak uważa?

– Teza, że chemikalia będą wyciekać z amunicji bardzo powoli, opiera się na założeniu wziętym z sufitu. Przecież nie prowadzimy monitoringu zatopionej broni. Znajdujemy coś, zapisujemy, płyniemy dalej. Nikt do tych miejsc nie wraca. Jak można więc przyjąć, że w tej chwili cieknie z tysiąca bomb i tak już zostanie? Za rok może przeciekać sto razy tyle. Na dnie Morza Bałtyckiego rdzewieje 300 tysięcy ton amunicji. Gdyby wypompować całą wodę, w rejonach zatopień zobaczylibyśmy miny czy bomby z iperytem co sto, dwieście metrów.

Coś wiadomo na pewno?

– Że zatopiona amunicja, wbrew temu, co sądzono, nie zatonęła w mule, a przynajmniej nie w całości. Cały czas znajdujemy bomby zwykłe lub chemiczne na powierzchni osadów. Iperyt degraduje się i choć słabo rozpuszcza się w wodzie, nie można zakwestionować, że przedostaje się do wody. Ani tego, że produkty rozkładu BST akumulują się w organizmach morskich.

Materiały wybuchowe, takie jak trotyl, degradują się do związków rakotwórczych, iperyt do substancji chemicznych – rakotwórczych, mutagennych i neurotoksycznych. Na pewno ma to wpływ na skorupiaki, proste organizmy, prawdopodobnie też larwy ryb. Jeśli więc dorosła ryba przeżyje, choć najpewniej zachoruje, to ikra już się nie rozwinie. Jeśli dorzucimy do tego skażone dno, gdzie żyje stornia, zimnica i gładzica – potocznie zwane flądrami, wszystko, co potrzebne do katastrofy ekologicznej, jest i czeka na dobry moment.

MAZUT Z NIEMIECKICH WRAKÓW

W lutym tego roku europoseł PiS Kosma Złotowski poruszył inny problem: niemieckie wraki z czasów drugiej wojny światowej. Chodzi między innymi o tankowiec na Zatoce Puckiej, z którego wydobywa się paliwo.

– Statek „Stuttgart”. On jest bardziej pod Oksywiem. Wyciek paliwa rozpoczął się tuż po wojnie, a pierwsze badania opublikowano w 1999 roku.

Z badań Instytutu Morskiego w Gdyni z 2015 roku wynika, że obszar skażenia powiększył się od tego czasu pięciokrotnie i wynosi już ponad 400 tysięcy metrów kwadratowych. Plama się rozrasta.

– „Stuttgart” miał w zbiornikach ciężkie, syntetyczne paliwo, czyli mazut. Pod koniec drugiej wojny światowej nie było już ropy, paliwo robiono z węgla. Szalenie szkodliwa substancja – dla roślin, zwierząt, człowieka. Gdy wyjmuje się muł ze skażonego miejsca, mazut się dosłownie wylewa. Z kolei w Zatoce Gdańskiej rdzewieje tankowiec „Franken”.

Ktoś się tym zajmuje?

– Nie bardzo. Według niektórych ekspertów „Franken” jest pusty, inni mówią, że jest pełen paliwa. Trzeba wykonać serię odwiertów, by to rozstrzygnąć.

Na co czekamy?

– Mowa o kilkunastu zbiornikach, jeden odwiert to ponad 100 tysięcy złotych. Należy to zrobić w sposób bezpieczny, by pozostałe paliwo nie wyciekło do morza. Głębokość wymusza sięgnięcie po drogi sprzęt i specjalistyczną ekipę nurków. Nikt się nie rwie.

Przecież tam się łowi ryby.

– Uspokaja się nas, że wykonane w 2004 roku badania w rejonie wraku „Stuttgartu” wykazały śladowe ilości mazutu w tkankach ryb, więc nadają się one do spożycia. Ale jak jest dziś, nie wiadomo. Pewne są częste choroby i występowanie pasożytów. Ryby przez zanieczyszczenia są słabsze, mają obniżoną odporność.

A te z pasożytami trafiają na talerz?

– Nie chciałbym się na ten temat wypowiadać.

Produkty z przemielonych ryb?

– To pani powiedziała.

Dwa lata temu stwierdziliście akumulację iperytu w tkankach ryb na Skagerraku.

– Tak było.

Dlaczego nie miałoby ich być w Zatoce Puckiej czy Gdańskiej?

– Mogą być. Trzeba to zweryfikować.

Nie rozumiem tej ciągłej zwłoki.

– Wszyscy jesteśmy trochę jak ci Duńczycy. Morski Instytut Rybacki w Gdyni już w 2007 roku, czyli sześć lat przed Szwedami, podał, że w przypadku łososi i śledzi łowionych w Bałtyku okazjonalnie wykrywa się przekroczenie norm niebezpiecznych dioksyn. I zasugerował, że konsumenci powinni być poinformowani o zagrożeniach. Zresztą Komisja Europejska narzuciła taki obowiązek wszystkim krajom członkowskim. Takie informacje powinna pani znaleźć na opakowaniach produktów rybnych czy w sklepach.

Ale nie znajduję.

– Dotykamy problemu, który może wywołać panikę i zaszkodzić wielu interesom. Naukowcy mogą mówić tylko o faktach, politycy, gdy się z nimi rozmawia, zdają sobie sprawę ze skali problemu, ale nie idą za tym żadne decyzje. Potrzebna jest społeczna presja.

W 2002 roku opublikowaliśmy z żoną artykuł w miesięczniku „Wiedza i Życie”. Był to tekst o czysto teoretycznych zagrożeniach zatopionej broni dla środowiska i człowieka, przedrukowany przez tygodnik „Angora”. Kilka dni później burmistrz jednej z nadmorskich miejscowości wystosował do naszych szefów ostry list. Napisał, że jeśli półwysep odnotuje spadek ruchu turystycznego, a ktoś pójdzie na bruk, to będzie nasza wina.

Wszystko rozbija się więc o pieniądze i lęk przed konsekwencjami. Staramy się tłumaczyć, że nie możemy nie robić nic. Badajmy ryby, w końcu je jemy, i pracujmy nad technologią, która – w razie narastania zagrożenia – posłuży do sprawnego wydobycia broni chemicznej czy toksycznych olejów. Bo za kilka lat być może będziemy ścigać się z czasem.

Artykuł powstał w ramach projektu „Nasza Europa” realizowanego przy wsparciu Parlamentu Europejskiego.

 

 

tekst opublikowany na podstawie subskrypsji GW przez namuche.pl