• 1
  • 2
  • 3

METODY I SPRZĘTsprzet02

O skutecznym rad sposobie…czyli jak stać się skutecznym wędkarzem muchowym cz.3 Różnorodność

Część 3 Różnorodność

         Nie każdy będzie miał okazję łowienia w Indonezji, Amazonii, półwyspie Kola,  na Grenlandii, czy na Seszelach. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by w swoim najbliższym otoczeniu  nauczyć się technik, które bardzo nam pomogą, gdy faktycznie wylądujemy z wędką na antypodach lub Syberii. O ile łowienie pstrągów na różnych kontynentach, co do zasady, nie będzie się bardzo różniło, choć oczywiście będą zmienne, np. przynęty,  to już połów ryb w tropikach wymaga zupełnie innego podejścia podobnie w przypadku łososi na dwuręczne wędki.

Trochę praktyki:

Sądzę, że niemal każdy w Polsce w promieniu tych kilkudziesięciu km od domu potrafi wynaleźć wody o zupełnie odmiennym charakterze. Dzięki temu łowiąc szczupaki na jeziorze nauczymy się miotania dużymi muchami i ciężkimi linkami - technika jak znalazł gdy wylądujemy na Karaibach i trzeba będzie radzić sobie w namorzynach wędką w klasie 12. Przynęty sprzeda nam miejscowy przewodnik lub doczytamy o nich w internecie, ale na uczenie się techniki rzutu trochę szkoda czasu dysponując tygodniowym urlopem i mnóstwem wody w oceanie dookoła. Podobnie warto kupić choćby najtańszą wędkę Switch by uczyć się technik dwuręcznych przy połowie naszych rodzimych pstrągów, to także będzie zbawienne gdy staniemy nad jugryjską, skandynawską czy szkocką rzeką łososiową. Ja niejako programowo narzucam sobie różnorodność, celowo wybieram wody o zupełnie odmiennym charakterze, dzielę rzeki na odcinki. Raz jest to rzeka powyżej zapory, przy następnym wyjeździe penetruję ją poniżej. Raz będzie to odcinek nizinny, raz zakrzaczony łąkowy ciek, kiedy indziej znów otwarta lipieniowa rzeka z mnóstwem miejsca na rozwinięcie rzutu, to znów potok pstrągowy wymagający „mikro rolek” .

Podobnie dzielę sobie rzekę w celu poznania jej charakteru i miejsc na całej jej długości (dostępnej dla mnie). Takie podejście bardzo często owocuje tym, że wyrabiam sobie pogląd o miejscówkach,  układzie prądów, położeniu słońca, możliwościach rzutu, etc. Dzięki temu następny wyjazd w to samo miejsce jest już znacznie bardziej przemyślany z ułożoną strategią. To pozwala od razu, od pierwszego rzutu skupić się na efektywności, a nie poszukiwaniu np. najlepszego punktu do położenia  muchy. 

Pamiętajmy, w wypadku gdy naszym celem jest poznanie różnorodności rzeki, to ryby nie są najważniejsze. Oczywiście jeśli one są, to wspaniale i oczywiście najtrudniej jest pójść dalej zostawiając po kilku rzutach obiecujący dołek. Jeśli jednak nie narzucimy sobie takiego imperatywu, to może  okazać się, że pierwszy kuszący wodospad zablokuje nas na pół dnia, a przecież za zakrętem możemy znaleźć znacznie ciekawszy odcinek.

Dzięki narzucaniu sobie różnorodności nauczymy się jak podawać muchy na spokojnej płani, wrzucić przynętę pod krzaki na zarośniętej rzeczce. Będzie okazja do potrenowania długich 20 - 30 m rzutów, ale też krótkich technicznych pod same nogi. Nauczymy się skradania na kolanach jak i ładowania pełnym ramieniem pod wiatr na rozległej wodzie. Dostrzeżemy, że zupełni inaczej prowadzimy muchę na falkach krótkich jak tarka, a inaczej na długich „białkowych”. Inaczej położymy sznur na spokojnej wodzie, a inaczej na powierzchni pełnej strug o różnej prędkości.

Gdy zatem znajdziemy się na nieznanym, nowym łowisku, to przynajmniej technikę rzutu i prowadzenia przynęty będziemy mieli opanowaną a także „obsługę” całego ekwipunku. Pozostanie tylko dobranie przynęty, pory łowienia i miejsca, żeby złowić egzotyczną dla nas zdobycz. Oczywiście zawsze pozostaną obszary, których nie nauczymy się nie będąc w konkretnym miejscu i nie mając do dyspozycji konkretnych warunków - ale ważne by tych zmiennych niewiadomych było jak najmniej, bo łatwiej douczyć się jednej lekcji niż całego rozdziału.


Polecamy:

Część 1 O skutecznym rad sposobie…, czyli jak stać się skutecznym wędkarzem muchowym, cz. 1

Część 2 O skutecznym rad sposobie…czyli jak stać się skutecznym wędkarzem muchowym cz.2 Częstotliwość

O skutecznym rad sposobie…czyli jak stać się skutecznym wędkarzem muchowym cz.2 Częstotliwość

Część 2

autor: Jarosław Zych

Częstotliwość

         Zacznijmy od truizmu … warto często bywać na rybach. Naprawdę nic nie zastąpi naszej aktywności nad wodą, ani książki, ani artykuły, ani filmiki na YT. To wszystko bardzo pomaga ale, choćbyśmy prowadzili najbardziej zażarte i wnikliwe analizy dotyczące ciasności pętli na forach wędkarskich, słuchali najlepszych mistrzów, to po prostu żadna taka dyskusja nie zastąpi  pomachania muchówka i wypróbowania tychże pięknie omówionych pętli w realu. Oczywiście praca, rodzina, dom, niedyspozycja czy ograniczony budżet może być barierą w bywaniu na rybach. Jednak nie popadajmy w defetyzm: małżeństwo czy nieformalny związek miewa swoje jasne strony i nie trzeba z tego rezygnować dla dobra naszego hobby,  zapewniam, że da się je pogodzić z łowiecką pasją.

Trochę praktyki:

        Proponuję poszukać w najbliższej okolicy w zasięgu 20 - 40 km od domu łowisk, by raz lub kilka razy w tygodniu, przed czy po pracy moc wyskoczyć na dwie godzinki łowienia. Ja poza dłuższymi wyjazdami staram się być nad wodą kilka razy w tygodniu, zwykle są to krótkie szturmowe wypady, ale dzięki nim jestem na bieżąco, wiem co gdzie się roi, jaka woda, wiem gdzie stacjonują ryby. No i każdy taki wypad daje mi okazję do potrenowania rzutów, zacięć, holu, brodzenia, itd.  Życie rodzinne też nie powinno zanadto na tym ucierpieć, zwłaszcza, że weekendy można wtedy poświęcić fascynującym zajęciom domowym, czy zwiedzaniu galerii handlowych. 

       Byłoby pięknie mieszkać w górach Montany nad szumiącym potokiem pełnym pstrągów, ale jeśli tak się akurat nie ułożyło, to korzystajmy z tego co mamy. Zawsze znajdzie sią jakiś kanał z kleniami, nizinna rozległa rzeka, jeziorko ze wzdręgami czy choćby okoniowa glinianka – jeśli przełkniemy urażona dumę muszkarza oraz wstyd to i nad takim stawkiem można pomachać muchówką dla wprawy. Od czasu do czasu wystarczy zapuścić się kawałek dalej, by dotrzeć do wód pstrągowych i plan treningowy można realizować. Łowienie w trudnych warunkach sprawi, że będziemy mieli okazję doskonalenia techniki rzutu, zacięcia, nabierzemy rutyny w przywiązywaniu much,  organizowaniu się. Takie wypracowane mechanizmy np. sięgania ręką w dobre miejsca na kamizelce gdy doskonale wiemy gdzie co mamy  jest niezwykle korzystne na „poważnych” rybach. Po dwudziestym razie, kiedy ręka nie trafi odruchowo tam gdzie chcemy popadniemy w irytację, a to nie pomaga w koncentracji, gdy naprawdę mamy szansę złowienia okazu.  Sam ostatnio miałem kłopot po przepięciu o kilka cm w inne miejsce obcinaczki na kamizelce. Trudno było wymazać lat nawyku – ciągle jej szukałem oklepując kieszenie i to było mocno frustrujące, zwłaszcza, że chciałem by moja mucha jak najszybciej znalazła się pomiędzy oczkującymi rybami. Największym problemem będzie nabranie doświadczenia w holowaniu dużych ryb … no, ale częstotliwość bywania nad wodą statystycznie podnosi nam szansę tych doświadczeń.  Nie ma siły, matematyka nie kłamie - im częściej jesteśmy na rybach, tym częściej mamy szansę na okaz.

Kiedy już ułożymy sobie w głowach, że na ryby po prostu trzeba jeździć często, by nabrać doświadczeń, to przechodzimy do kolejnego punku.

 

link do 1 części artykułu O skutecznym rad sposobie…, czyli jak stać się skutecznym wędkarzem muchowym, cz. 1

O skutecznym rad sposobie…, czyli jak stać się skutecznym wędkarzem muchowym, cz. 1

Opowieść w sześciu częściach, Część 1

            Wspaniale, gdy wędkarstwo jest naszą pasją, ale jeszcze przyjemniej jest, gdy w realizacji tego hobby, potrafimy być naprawdę skuteczni…  

20191103 20191103 123654

Było to jakieś piętnaście, może dwadzieścia lat temu. Razem z Kubą Chruszczewskim prowadziliśmy grupę Anglików nad Sanem. Brytyjczycy chcieli poznać tajemnice dziewiczej, naturalnej rzeki płynącej rubieżami dzikiej, wschodniej Europy. Przynajmniej takie mieli wyobrażenia podsycane opowieściami o bieszczadzkich niedźwiedziach polujących na wędkarzy. Naszym podopiecznym, mimo szczodrości wody, nie szło jednak specjalnie dobrze. Do dziś przechowuję Humpy wiązanej na haczyku nr 8, którym próbowali kusić bezskutecznie nasze kardynały, póki nie dostali od nas mizernej popielatki.  A apetyty wędkarskie mieli rozbudzone do granic. San przeżywał wtedy swój złoty czas, zachodnich gości raczył nieziemskim widowiskiem, gdy  wieczorami woda kipiała od oczkujących lipieni. Bajania o bestiach spod połonin rozpalały im emocje, podnosiły adrenalinę. Spektaklem, który długo przeżywali była walka napotkanego  wędkarza z głowacicą, na płani w Bachlawie - łowca został przez rybsko dosłownie wciągnięty pod wodę… gdy się wynurzył - nadal holował potwora.

            Jednak najbardziej miarodajny pokaz potencjału rzeki dał im Kuba. Staliśmy na brzegu, gdzieś nieopodal dzisiejszej wiaty Vision i jeden z Anglików zapytał:

- Co to za metoda, ta „Polska Nimfa” i czy faktycznie jest tak skuteczna?

Mówię:

 -Kuba, weź no im pokaż, na czym polega Głupi Jasio.

No i Jakub wszedł do wody, wypatrzył najbliższy dołek, może z pięć metrów od brzegu, odwrócił się twarzą  do wpatrzonych w niego uczniaków i rzucił:

- No, tak to wygląda - po czym, typowo na krótko, pod samą szczytówką poprowadził zestaw. Pierwsze przepuszczenie, zacięcie, szybki, twardy hol i całkiem spory pstrąg czterdziestak wylądował w podbieraku. Gdy ryba wróciła do wody, Kuba skwitował:

- No, tak to wygląda. Koniec lekcji.

            Móc zobaczyć miny tych Anglików, z rozdziawionymi gębami, było nieziemską satysfakcją. Rzeczywiście krótka nimfa oraz jej modyfikacje to naprawdę skuteczna metoda i dlatego ja … podążam zupełnie inną drogą.  

Od tego czasu upłynęło sporo wody, złowiłem sporo ryb i miałem okazję przyglądać się wędkarzom, którzy wkraczali w arkana muszkarstwa, niekiedy też prosili o rady. Czy jestem osobą kompetentną do ich udzielania?  To już czytelnicy musza ocenić sami. Ja czuję się ośmielony tym, że o tekst poprosił mnie Sebastian - gospodarz tegoż miejsca -  znaczy pierwszy czytelnik już jest, a to zawsze jakiś początek.  

            Dla niezdecydowanych i obawiających się, czy nie stracą czasu czytając ten długawy artykuł, podrzucę kryptoreklamę - oto historia prawdziwa:

Jakieś dwa lata temu, mój przyjaciel dokonał „Coming outu” - postanawiając otworzyć się na wędkarstwo muchowe. Wcześniej, Michał, hołdował przekonaniu, że najprzyjemniej jest wakacyjnie moczyć spławik w jeziorku, najlepiej rodzinnie z dziećmi, na kocyku - ot taki pocztówkowy landszafcik z chłopięcych marzeń. No, ale stało się, najpierw zabrałem go na technicznie proste łowisko obfitujące w bardzo duże ilości niewielkich kleni i jelców. Wiedziałem, że podstawy chwyci, złowi też kilka rybek i będzie szczęśliwy. A przy okazji odbędzie się to w pięknych okolicznościach przyrody, bo miejsce też było słodko-cukierkowe, wiec wszystko pasowało do wyobrażeń. Później,  stopniowo, zgodnie ze schematem, który opisałem poniżej, wprowadzałem Go w coraz to nowe meandry muszkarstwa. Jakoś na początku tej drogi, kiedy już opanował bazę pojechałem z Nim na poważne wędkowanie, na trudne łowisko z bardzo „trudnymi” rybami. Naprawdę było ich mnóstwo i były to ryby sporych rozmiarów, przy tym wybredne, kapryśne, ale gdy się je przechytrzyło to wędka składała się w pół. Ja to zapamiętałem jako  fantastyczny wędkarsko dzień. Ale Michał miał całkowicie odmienne zdanie, do dziś pamiętam jego ogromną frustrację - o której zresztą wciąż mi przypomina - tym, że nie mógł nic złowić. Oczywiście całą winę zrzucił na mnie, a w drugiej kolejności na beznadziejność wody, bezrybność, zbyt małe, niewidoczne muchy. Głównym argumentem było to, że w filmach na YT, ci wszyscy „goście” non stop zacinają spektakularne sztuki, na ogromne, świetnie widoczne, suche muchy a wszystko skąpane jest w malowniczych plenerach. Szkoda było nawet wspominać, że istnieje coś takiego jak montaż filmu, po prostu rozczarowanie skutecznie zablokowało jakąkolwiek zdroworozsądkową refleksję.   

Minęły dwa lata. Ja akurat byłem wyłączony w wędkowania, ale Michał pojechał na to samo łowisko, z tymi samymi wybrednymi rybami … i dostaję telefon:

- Złowiłem trzy, przy zakręcie. Nie było łatwo.  

Tak, to była dla mnie chwila prawdziwej satysfakcji, pewnie nawet większej, niż gdybym to ja holował te pstrągi. Na wszelki wypadek dodam, gdyby bohater tej opowieści to czytał, że kierunek dobry, ale przed nim jeszcze spory kawałek drogi…      

Chciałbym się podzielić spostrzeżeniami wypływającymi z doświadczeń kilkudziesięciu lat muszkarkich przewag i porażek, w których łowienie jest oczywiście frajdą oraz hobby, lecz też poszukiwaniem możliwości rozwoju umiejętności wędkarskich, gdzie nie samo trofeum jest najważniejsze, ale świadomość dlaczego się złowiło dany okaz lub dlaczego się go … nie złowiło. Z całą pewnością nie będzie to poradnik dla kogoś, kto chce startować w zawodach i liczyć się na podium, ani też dla niedzielnych wędkarzy, którym pełną satysfakcję daje obcowanie z naturą i okazjonalne pluskanie linką po wodzie. To garść refleksji dla ludzi wkraczających w muszkarski świat, którzy chcą się rozwijać, być skutecznymi i wszechstronnymi łowcami, niezależnie od pory roku, szerokości geograficznej czy też planowanej zdobyczy.  

Śmiem twierdzić, że gros wędkarzy muchowych rozpoczyna swoją przygodę od bardzo standardowego łowienia pstrągów, lipieni czy kleni sprzętem jednoręcznym w okolicy klasy 4 do 6 AFTM.  Aby podnieść efektywność na wczesnym etapie swego wędkarskiego rozwoju poczatkujący często sięgają po krótką nimfę, czy jej żyłkowe odmiany, które skutecznie blokują ich dalszy rozwój w zakresie wędkarstwa muchowego. W tym miejscu należy się wyjaśnienie aby uniknąć oburzenia „wyznawców żyłki”. Znam osobiście wirtuozów metody żyłkowej i potwierdzam, że jest ona niezwykle skuteczna. Mistrz „żyłki” potrafi z dokładnością sonaru prześwietlić wszystko, co dzieje się z przynętą, potrafi przekonać do brania każdą nawet najmniej głodną rybę. Są i tacy, którzy skutecznie łowią na „polską nimfę” łososie!  Ale powiedzmy sobie wprost, jest to metoda daleko odbiegająca od założeń wędkarstwa muchowego techniką łowienia, sprzętem, niekiedy nawet przynętami i sposobem ich prowadzenia, ale przede wszystkim - i to jest klucz - techniką rzutu. Bliżej temu do … bo ja wiem … do przepływanki połączonej ze spinningiem, bo dynamika wyrzutu oparta jest na ciężarze przynęty, a nie linki. Jak powiedziałem są mistrzowie tej metody i łowienie nią wymaga niemałego kunsztu, ale wg mnie jest to kunszt nie mający wiele wspólnego z kunsztem wędkarza muchowego. No i estetyka tego rodzaju wędkarstwa też wydaje się mocno wątpliwa. Choć to kwestia smaku. Zresztą moje słowa nie są bezpodstawne, skoro różne federacje wędkarskie nakładają ograniczenia mające zmusić wędkarzy do łowienia metodami jednoznacznie muchowymi na wodach krainy pstrąga i lipienia. To oczywiście tylko dyskusja akademicka, natomiast sprowadzając problem na grunt praktyki: nie raz widziałem mistrzów nimfy, którzy stawali się bezradni gdy trzeba było użyć innej metody - po prostu muchowej. I choć nagminnie widuję brodzących „nimfiarzy” z dwoma wędkami, to ta krótsza przypięta do kamizelki jest zwykle okładem na sumienie, wykorzystywanym gdy już ryby składają błagalnie płetwy i proszą o podanie im suchej muchy… Dla zwykłej frajdy polemicznej pozwoliłem sobie na dodanie beczki dziegciu do łyżeczki miodu…, którym jest ten, na wskroś poradnikowy tekst. Porzućmy zatem czcze dywagacje i na potrzebę niniejszego artykułu przyjmijmy, że metoda krótkiej nimfy, czy żyłkowa jest jedną z wielu, ale nie jedyną dającą szanse na bycie skutecznym łowcą.  

I właśnie, aby nie poprzestać na tej jednej metodzie, to poniżej w kolejności przedstawiam kluczowe punkty wskazane do rozwoju wędkarza muchowego – kolejność jest zamierzona i w moim osobistym rankingu zaczynam od najważniejszych.

  • Porady mistrzów

Da się osiągnąć wiele będąc samotnym wilkiem…, ale jest to naprawdę trudne by zacząć przygodę z muszkarstwem, gdy nie znajdziemy nikogo, kto mógłby pokazać nam choćby absolutne minimum. Podpowiedzi doświadczonego wędkarza zwykle przenoszą nowicjusza skokowo o kilka pięter w górę i sprawiają, że nie musi wyważać otwartych dawno drzwi.

Trochę praktyki:

Jeśli nie znacie żadnego uczynnego, doświadczonego muszkarza proponuję skorzystać z płatnego kursu, zapisać się do jakiegoś klubu, czy choćby popytać w kole wędkarskim - może działa tam jakaś sekcja muchowa. Idealnie byłoby mieć kolegę mentora, który poprowadzi, wskaże łowisko, stanowisko ryby, skoryguje technikę rzutu. Zwłaszcza dla poczatkującego wędkarza, dla podtrzymania jego wiary, ważne jest by dostał bardzo konkretne wskazówki typu: tu jest ryba, podaj muchę tak i tak a ją złowisz. Nie każdy ma takie szczęście, by trafić na pomocnego kolegę, ale naprawdę się zdarza. Mi się zdarzyło, za co jestem niezmiernie wdzięczny, choć mimo tego przyznam, że nie raz bywało, iż jako początkujący muszkarz łowiłem kilka dni z rzędu i sukcesem była jedna rybka - początki bywają problematyczne i wymagają determinacji. Zawsze też można zapytać na jakimś forum, czy któryś z uczestników nie zechciałby pomóc. Kilkukrotnie obserwowałem tego typu zapytania i w zasadzie każdorazowo zainteresowany otrzymywał satysfakcjonującą propozycję. Warto spróbować.

Kiedy wreszcie znajdziemy swojego mistrza trzeba pamiętać, że już w średniowieczu płodozmian i trójpolówka okazywały się skutecznym motorem rozwoju społeczeństw osiadłych. Podobnie  powinno być i z guru wędkarskim: trzeba Go zmieniać co jakiś czas – choć oczywiście dla zadufanych w sobie mistrzów będzie to przykre doświadczenie. Każdy mistrz ma swoją drogę, swoją rutynę i na tym bazuje, bo np.  łowi tylko w wodach nadmorskich i nigdy nie wędkował w górach. Warto zatem czerpać z wielu źródeł, być otwartym i nie zasklepiać się w przekonaniu, że nasz As jest Asem uniwersalnym. W każdej talii kart Asów jest kilka. Ja sam, nie raz, widziałem wędkarzy zapatrzonych w swego nauczyciela, bezrefleksyjnie wykonujących jego wskazania. Jest to o tyle ograniczające, że niejako  wyłącza się nam krytycyzm i działamy w takich wypadkach naśladowczo. Wędkarstwo się rozwija, zmieniają się techniki, sprzęt, przynęty, zmienia się wiedza i możliwości weryfikacji naszych przekonań, choćby dzięki elektronice. Jeśli zatem oprzemy całą swoją taktykę na doświadczeniach mistrza, który doskonalił się w latach 70-tych i na tym stanął, to szybko przekonamy się, że świat poszedł do przodu i za nim nie nadążamy. Dam prosty przykład: kołowrotki Larg Arbor - przez ponad sto lat firma Hardy, nasz archetypiczny mistrz (lub Orvis także mistrz nad mistrze), produkowała kołowrotki i przez cały ten czas przywiązanie do tradycji tak mocno ją ograniczało, że żaden z projektantów nie wpadł na proste rozwiązanie, jakim jest powiększenie średnicy szpuli. Firma dysponowała pełnym zapleczem w obszarze wiedzy, finansów i produkcji, jednak „koła” nie wymyśliła – choć prezentowała nowe modele i kreowała się za prekursora nowoczesnych rozwiązań. Jeśli świadomie chcemy używać tradycyjnego sprzętu, bo sprawia nam przyjemność obcowanie z historią to tak łówmy – nie ma żadnego problemu. Ale nie da się zaprzeczyć, że pomysł LA rozwiązuje wiele problemów: wyrównuje siłę hamowania, bo wraz z oddawaniem linki niewiele zmienia się promień nawoju, a co za tym idzie dźwignia działająca na system hamulcowy jest wciąż o podobnej wartości, nie skręca zanadto linki, zaś szybkość zwijania niebagatelnie wzrasta. Swoją drogą, zastanawiam się, kto pierwszy zastosował LA – gdzieś czytałem, że Danielsson, choć nie wiem, czy to nie chwyt marketingowy, bo ja osobiście łowiłem na kołowrotek LA zanim szwedzki inżynier wpadł na pomysł powiększenia szpuli. Był to produkt z deski projektowej najbardziej pragmatycznych ludzi świata – mianowicie obywateli DDR - chodzi oczywiście o Libelle. Każdy kto miał w ręce ten relikt demoludów, pamięta 4-centymetrową średnicę szpuli utworzoną z niezależnych pinów. Niemcy nie byli obciążeni żadną tradycją, więc stworzyli po prostu funkcjonalne urządzenie. Nie jestem historykiem wędkarstwa - chętnie dowiem się, kto rzeczywiście użył jako pierwszy LA w masowej produkcji kołowrotków  muchowych?   

W tym punkcie chcę zaznaczyć także sens zawodów wędkarskich. Niekoniecznie trzeba czynnie uczestniczyć w zawodach, lecz są one swego rodzaju awangardą i bywają motorem postępu. Warto śledzić wyniki dowiadywać się na co i jak łowią zawodnicy. Ja osobiście, choć nie uczestniczę w zawodach wędkarskich to mam świadomość, że dzięki presji współzawodnictwa, wędkarze z tzw kadr będą poszukiwać coraz to nowych rozwiązań dających im przewagę nad innymi. Innowacje te trafiają później do wędkarskich mas. Cześć z nich jest wątpliwa estetycznie jak wszelkiego rodzaju „gangreny” czy metody żyłkowe. Ale poza takimi wynaturzeniami, wiele rozwiązań to naprawdę inspirujące pomysły. Zawody dają też pewne wyobrażenie o tym, co możemy z danej wody wycisnąć i w jakiś sposób określa to nasz potencjał - i albo śpimy spokojnie, albo uświadamiamy sobie, że sporo pracy przed nami.

Naszym „mistrzem” może być oczywiście literatura i prasa wędkarska, blogi, kanały na YT, strony muchowe i posty pasjonatów. Warto też prowadzić rozmowy na forach lub je czytywać, podpytywać w sklepach wędkarskich, wymieniać uwagi z kolegami, z napotkanymi muszkarzami. Ja bardzo chętnie słucham także wędkarzy poczatkujących ponieważ oni mają niejako nieskażone podejście. Każdy kto ma wiele „wędkarskogodzin” za sobą może popaść w rutynę. Będzie stosował najbardziej sprawdzone muchy, najbardziej typowe rozwiązania, bo instynktownie czuje, że statystycznie bywają skuteczne. Tymczasem posłuchanie żółtodzioba, ale z szacunkiem,  otwartości  i ciekawością jego spojrzenia może otworzyć nam oczy, bo ktoś niedoświadczony nie będzie się bał zaeksperymentować - choćby po prostu z braku innego pomysłu. Tak np. przekonałem się do Prince – miewałem je w pudełku, ale przecież nikt na takie dziwactwo nie łowi… a taki jeden początkujący łowił, bo ładniutkie ... No wiec, żeby nie czuł się bardzo osamotniony, też zacząłem używać i co - niejeden pstrąg a także lipień udowodnił mi, że opłaciło się.  

            No i warto, nomen omen, czytać takie artykuły jak ten… by następnego dnia sięgnąć po tekst kogoś, kto ma zupełnie odmienne poglądy, a w rezultacie obrać swoją własną niezależną drogę i kiedyś wskazać ją poczatkującemu koledze…

 

CDN...

Kształt linki muchowej cz. I

...Producenci do swojej oferty dorzucają co sezon nowe linki muchowe o zmieniających się kształtach i tylko niektórzy dodają do tego uwagi o wpływie zastosowanych zmian na ich właściwości rzutowe. Dopóki dany producent oferuje jeden rodzaj linki WF z dopiskiem np. „Trout” wybór jest w miarę łatwy. Sprawa komplikuje się, gdy wprowadzanych jest kilka rodzajów linek pływających w podobnej gramaturze, a ich opis to częściowo marketingowe mydlenie oczu...

Czytaj dalej

Kształt linki muchowej cz. II

Ale coś za coś – linki z wydłużonymi wszystkimi częściami bywają bardzo trudne w opanowaniu (nie wychodzą łatwo z przelotek, pętle gasną), wymagają dużych umiejętności i doświadczenia. Długość głowicy może dochodzić do 19m w klasie 5#. Pierwszy kontakt z taką linką kogoś przyzwyczajonego do tradycyjnej, krótkogłowej WFki to bankowa frustracja.

Czytaj dalej

System Common Cents

Nowy sposób definiowania i dokonywania pomiarów muchowej wędki. Metody określania akcji i mocy blanku - czyli jak poprawnie wyznaczyć właściwą masę rzutową lub wagę linki?

Czytaj dalej

Efftex na muchowo...

...Tegoroczny Efttex, czyli największe europejskie targi wędkarskie zapowiadały się wyjątkowo interesująco. Na miejsce spotkania wybrano Londyn, jakby nie było kolebę współczesnego wędkarstwa, również muchowego. To fakt zobowiązujący i dodający każdej wędkarskiej imprezie prestiżu. Jak więc było?...

Czytaj dalej

Rzut muchowy cz.IV

...Właściwe i skuteczne zaprezentowanie muchy w rzucie z nad głowy może nastręczać pewne trudności. Dlatego zanim przejdziemy do następnych zagadnień i będziemy omawiać inne rodzaje rzutów ( tzw. rzuty prezentacyjne i pozostałe) chciałbym jeszcze raz powrócić do podstawowych elementów rzutu muchowego oraz ich właściwego wykonania. Podsumowując dotychczasowe publikacje należy przyjrzeć się najczęściej spotykanym błędom...

Czytaj dalej

Na niemoc mokra

...Opisana metoda ma kilka plusów, które uczyniły ją jedną z moich ulubionych: Po pierwsze - pozwala złowić ryby ignorujące suchą muchę podczas wylotu. Po drugie - wyraźnie selekcjonuje większe ryby spośród żerującego stada. Po trzecie - pozwala łowić pod prąd, zmniejszając ryzyko spłoszenia ryby...

Czytaj dalej

Rzut muchowy cz.III

...Pojedyncze pociąganie linki było znane i stosowane już na początku ubiegłego wieku. Jego pierwsza, publiczna prezentacja miała podobno miejsce około 1922 roku w San Francisco. Co do double hauling oficjalne źródła podają, że technika została pokazana szerszej publiczności w sierpniu 1934 roku. Miało to miejsce w czasie zawodów rzutowych w St. Louis. Tym pierwszym, który zaprezentował metodę był Marvin K. Hedge, pochodzący z Oregonu handlarz wędkarskim sprzętem...

Czytaj dalej

  • 1
  • 2